Posts Tagged film

Mordheim Movie Trailer

29 marca 2014

Wczorajsza ilość obowiązków sprawiła, że „Kartonowy piątek” przepadł w Otchłani. Nic jednak straconego, dziś zapraszam na coś lekkiego. Po pierwsze: sieć obiegła „elektryzująca” wiadomość o tym, jak to Focus Home Interactive zapowiada wydanie „Mordheim” w wersji elektronicznej. Fajnie, szkoda, że żaden budynek na screenach nie wygląda na zrujnowany, o czym już zdążyłem pomarudzić na portalach społecznościowych… Jednak w związku z puszczaniem zwieraczy na tę nowinę, wygrzebałem na Youtube taki to fake’owy (bo chyba nikt nie myślał, że prawdziwy) trailer filmowy do tego systemu:

Chętnie poznam tytuły wszystkich filmów, jakich w nim użyto! :)
Miłego weekendu!

„Snowpiercer: Arka przyszłości” (2013) – minirecenzja

24 marca 2014

Jako człowiek spędzający tyle czasu w pociągach nie mogłem sobie tego filmu odpuścić. Mimo że jakiś kolejny geniusz jego premierę w Polsce zaplanował na kwiecień tego roku. Ale co się dziwić, skoro jesteśmy krajem trzeciego świata i wszystko jedzie do nas pociągiem, który potrzebuje roku na okrążenie planety.

O co w filmie chodzi? W samych napisach wstępnych dowiadujemy się, że w związku z narastającym globalnym ociepleniem jakieś mądre głowy dochodzą do wniosku, że rozpylenie w atmosferze dziwnego środka powinno mu zaradzić. No i działa na tyle skutecznie, że doprowadza do epoki lodowcowej na takim poziomie, że całe życie na naszej planecie dosłownie zamarza. Ostatnią ostoją cywilizacji zostaje międzykontynentalny pociąg napędzany silnikiem, który sam generuje sobie energię. Prawie że perpetum mobile. Siedemnaście lat, jeden pociąg, ostatni ludzie na ziemi. Stłoczeni w pojedynczych wagonach jak bydło i czekający na lepsze jutro. Ale nie mają już wiele nadziei i gotowi są nawet zginąć, by choć raz zamiast proteinowego batonika spróbować kurczaka. (więcej…)

Zombie hunter – minirecenzja filmu

13 stycznia 2014

Jaki film, taka recenzja. Za recenzenta nigdy się nie uważałem, dlatego też najczęściej wybieram sobie do opisu filmy, których autorzy za super filmowców raczej też nie uchodzą. Mam jednak wrażenie, że w to co robią wkładają kawał serca i masę roboty, przez co należy się im szacunek odrobinę większy, niż marna czwóreczka na portalach filmowych. Ale po kolei…

Po co w ogóle robię recenzję tych wszystkich ledwo znanych filmów, które ciężko polecić komuś, kto nie jest fanem kina nadającego się głównie na paczkę chipsów i zgrzewkę piwa? Bo mi takich recenzji brakuje. Co weekend niemal spotykałem się z przyjaciółmi na sobotę z „sziti muwi”, ale na jakiś czas z powodów mocno osobistych musieliśmy zawiesić tę tradycję. Dużo jednak wody w szalecie zdążyło upłynąć, a my jak na złość wciąż nie możemy pozwolić sobie na skorzystanie z jakiejś listy typu „tak kijowe że aż fajnie nadające się na wasze wieczorki filmowe”. Dlatego właśnie prowadzę ten kącik i dlatego, wracając do starej tradycji, wracam też do recenzowania tych pociesznych, ale nadal w miarę godnych do obejrzenia filmów. A czemu ten? Już wyjaśniam… (więcej…)

John dies at the end – prawie recenzja filmu

10 kwietnia 2013

Jeśli myślisz, że ten tytuł to spoiler, to zostawię Cię w niepewności, bo ten film to w sumie jedna wielka niepewność i spoiler. Może wynikać to częściowo z tego, że ciąg dalszy losu bohaterów poznajesz jeszcze zanim poznasz wątek główny, a przyznać trzeba, że poznanie pierwszej sceny w filmie sprawia, że z opuszczoną szczęką czekasz na więcej. Czasem dostaniesz, czasem nie, ale wciąż czekasz. Kij, że najpierw żałujesz, że przygotowałeś za mało używek, bo nawet abstynent przy tym filmie płacze, że nie kupił sobie piwa (w życiu nie puszczę go żadnemu pacjentowi), ale jak już wbijesz się w klimat, to możesz w pełni cieszyć się bezsensem fabuły.

Film ten, to połączenie małego studium psychozy, uzależnienia, fantastyki i wątków paranormalnych. Na dodatek w środowisku studenckim. „Las Vegas Parano”, z którym jako pierwszym ten film skojarzyłem, wymięka tu z powodu braku wątków ezoterycznych i nadmiernego skupienia na ówczesnej kulturze…

O co chodzi w filmie? Ciężko powiedzieć, by nie zepsuć całej zabawy. (więcej…)

Doghouse – prawie recenzja

6 kwietnia 2013

Odmóżdżających, brytyjskich komedii ciąg dalszy. Może i akcji strasznie wiele tu nie ma, ale jak już się pojawia, to nie ma czego żałować (przynajmniej jakoś przy drugiej paczce chipsów). W sumie film ten (jak większość w naszym zestawieniu polecanych) nie jest wielkim arcydziełem kinematografii, ale porusza tyle lubianych przeze mnie tematów, że muszę go Wam przedstawić.

Grupa kumpli organizuje wypad za miasto. Powód jest słuszny: jednego z nich właśnie zostawiła kobieta, planują więc wyjechać daleko, spić się w trupa i ponarzekać na wredne babiska. Sęk w tym, że ten „trup” może znaleźć się niepokojąco blisko ich rzeczywistej sytuacji. Czemu? Bo Zombie!

Co znajdziemy w filmie? Po pierwsze brytyjski humor. Gdziekolwiek się pojawi, u mnie nawet w melodramacie dorzuci +1 do Klimatu. Tak już mam i tyle. Nie wymagam akceptacji, po prostu zaznaczam.

Po drugie: zombie. Są ludzie, którzy nienawidzą z nimi filmów, są zaś też tacy, którzy je kochają. Nie należę do żadnych z nich: za filmami o zombie ogólnie nie przepadam, ale sam klimat idei żywych trupów mnie jak najbardziej przekonuje. Zwłaszcza tutaj, bo… (więcej…)

Grabbers – minirecenzja filmu

3 kwietnia 2013

Są chwile, w których zwyczajnie nie mam ochoty na ambitne kino. Takie momenty, gdy po dwóch etatach na wygnaniu wracasz do domu, wywalasz się w fotelu i marzysz jedynie o paczce chipsów, puszcze piwa i odrobinie spokoju. Twój mózg wtedy aż krzyczy, że jeśli nie dasz mu odpocząć, to się spakuje i wyprowadzi, ale jednocześnie grozi Ci śmiercią, jeśli zechcesz go napchać jakimś amerykańskim badziewiem. Jeśli zdarzają Ci się takie chwile, na pewno już wiesz jedno: polskie badziewie też się nie nada. Na szczęście są jeszcze na świecie wyspy brytyjskie, a humor zarówno Brytyjczyków jak i Irlandczyków, dość blisko odpowiadać może ludziom nieskażonym wpływem dawnego zaboru rosyjskiego. Reszcie zostawiam polskie komedie.

O co tu chodzi? Otóż niedaleko małej, irlandzkiej wysepki do morza wpadają kosmici. W sumie wielu ich nie ma, ale jak się okazuje, do życia potrzebują tylko dwóch rzeczy: wody i pokarmu pod postacią krwi. W tym czasie szef miejscowej Gardy postanawia wybrać się na urlop. Na miejscu zostaje jego sympatyczny, acz wiecznie pijany zastępca, któremu przydzielają na ten czas urodziwą, acz lekko nadaktywną pomocnicę z Dublina. Niestety abstynentkę. (więcej…)

Łzy na sprzedaż – recenzja filmu

9 stycznia 2013

Pewnie nie raz Wam się zdarzyło widzieć film, który urzekł Was od pierwszej sceny, lecz niestety od połowy zaczął lekko usypiać. Ja miałem tak z tym filmem, choć przyznam że nie z powodu przynudzenia fabułą, a chyba bardziej zmiany konwencji. Nic dziwnego: zaczynasz oglądać film będący połączeniem smutnej historii, bałkańskich, słowiańskich baśni i ciężkich warunków powojennego życia (przy naprawdę sporej dawce czarnego humoru), a kończysz romantycznym dramatem. Koniec końców postanowiłem go jednak polecić z innego powodu: to jedno z najoryginalniejszych postapo jakie widziałem.

Mała Boginka i Ognjenka mieszkają w niewielkiej serbskiej wiosce, w czasie tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Nie wiem czy wiecie, ale w wojnie tej Serbia utraciła praktycznie 2/3 męskiej populacji, zachowując sobie głównie tych facetów, którym albo się poszczęściło i przeżyli jako ranni, albo jeszcze przed wojną nie nadawali się do poboru. Dzięki takiemu stanowi rzeczy obu dziewczynom udaje się zbliżać do wieku staropanieńskiego (21 i 22 lata) bez całowania się nawet z facetem. W ich wiosce mieszkają same kobiety (poza sypiącym się i pomarszczonym staruszkiem), jedyne źródło pożywienia dawno zostało zaminowane, a one same próbują przeżyć zarabiając na pogrzebach jako płaczki (taki tam interes rodzinny). O ile jednak w czasach wojny było za kim płakać, teraz w biznesie lekka posucha, a i kobiece serduszka zaczynają domagać się atencji. Klamka zapada i dziewczyny wybierają się do dziadka Bisy, bo umierać starą panną nie przystoi. Tutaj jednak zaczynają pojawiać się komplikacje, które wpływają na dalsze losy dziewczyn. (więcej…)

Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania – recenzja

3 stycznia 2013

Okej, jak zwykle. Przyszedł Sylwester, później minął, a skończyło się dziwną dziurą w czasoprzestrzeni, w której zaginęły wpisy umieszczane zwykle na czas. Ale skoro już o czasie mowa…

Czas, jak to zwykle z nim bywa (T. Pratchett wyjaśnił to lepiej niż Einstein) albo jest, albo go nie ma, albo się go trwoni i tak dalej. Bla, bla, bla. O czwartym wymiarze było już naprawdę wiele dzieł, raz mądrzejszych, raz głupszych, ale do tego jednego będę chciał Was przekonać.
Do tej pory, czy to w „Podróży do przyszłości”, „Doktorze Who” czy nawet „Star Treku”, czas zawsze dało się wyginać, zmieniać, a co najważniejsze: podróżować przez niego… Chętnie zacząłbym teraz wykład na temat czasowych paradoksów, możliwości i zagrożeń takich zachowań, ale bądźmy szczerzy: fanom fantastyki nie trzeba niczego tłumaczyć, a innych się tu nie spodziewam. Przejdę więc do rzeczy, bo czas leci…

Tutaj najważniejsze jest jedno ostrzeżenie – jeśli nie jesteś geekiem, a kwestie podróży w czasie cię nie kręcą (albo co gorsza podchodzisz to tego tematu śmiertelnie poważnie, bo każdy dowcip związany z przyszłością ludzkiej nauki przyprawia Cię o ból odbytu) – nie oglądaj, bo się wynudzisz! Dla przeciętnego zjadacza chleba ten film jest równie przeciętny, czemu się zupełnie nie dziwię, bo w kwestii scenografii i efektów specjalnych rzyci nie urywa (chyba że lubisz klimaty brytyjskich pubów). Jeśli jednak Cię to nie zraża, nie możesz przejść obojętnie obok takiego FAQ. (więcej…)

Ostatni Legion – recenzja filmu

26 grudnia 2012

Samo napisanie o tematyce tego filmu wydaje się już wielkim spoilerem, ale cóż poradzić? Widz przecież nie jest durniem i od pierwszych minut spodziewa się tego, co w końcu musi się wydarzyć: ten film o upadku Imperium Rzymskiego jest tak naprawdę luźną próbą osadzenia legend arturiańskich w realiach ginącego cesarstwa. Próbą udaną dodam i całkiem sympatyczną.

Wiele było już kinowych interpretacji losów legendarnego władcy Brytanii. Godnym wspomnienia byłby tu kultowy „Excalibur” (oglądałem go po kilka razy, żeby odnaleźć jakiegoś łucznika), przewinęło się też kilka zwyczajnych szmir czy luźnych nawiązań w stylu komedii familijnych. Pomijając te ostatnie, wszystkie łączył nadmierny patos, wszechobecny mrok i poczucie jakby nie patrzeć: braku oryginalności. Co innego więc znalazło się tutaj?

A no jak już wspomniałem, fabuła nie kręci się wokół Artura. Film nakręcono na podstawie jakiegoś czytadła włoskiego autora, który postanowił wylać na papier swoje żale na temat tego, że wszyscy zapominają o jego ukochanym Rzymie, a podniecają się jakimś czopkiem z Brytanii. No więc połączył oba wątki i tak już jakoś poszło. (więcej…)

Hell – recenzja filmu

22 grudnia 2012

Skoro w jakiś sposób to czytasz, to znak że koniec świata jeszcze nie nadszedł, albo na jakiś czas ocalił i ciebie, i Twoje łącze, i nasz upierdliwy serwer. Skoro tak, to masz niepowtarzalną, wyjątkową i jakże zaskakującą szansę, na poznanie kolejnego filmu postapo polecanego przez admina.

Jednym z ostatnich takich filmów było „W stronę słońca” opowiadające o zmniejszeniu jego aktywności, ale i możliwościach technicznych pozwalających na jego zmianę. Tym razem będzie inaczej i bardziej przy ziemi, ale nadal o naszym kochanym słoneczku. W tym filmie bowiem, w postrzeganiu jego autorów, serce naszego układu planetarnego wcale nie przygaśnie, aby okryć Ziemię śniegowym kocem. Wręcz przeciwnie: rozgrzeje się na tyle, aby w ciągu kilku lat wywołać efekt cieplarniany, o którym nie śniło się nawet ekologom (o filozofach już nawet nie wspominając).

Wynik tego taki, że czerniak przestaje być zagrażający- same poparzenia potrafią zabić. Do tego cyrkulacja wody w atmosferze zakłócona jest na tyle, że ciężko ją gdziekolwiek znaleźć. Jak łatwo się domyślić dalej, roślinki zaczynają usychać, a zwierzątka padać jak przysłowiowe muchy. W takich warunkach trafiamy do Niemiec, czyli całkiem bliskiej nam strefy, z którą nawet można się na siłę utożsamić. Tutaj poznajemy trójkę ludzi: dwie młódki i faceta, którego największym atutem jest posiadanie auta. Grabiąc resztki paliwa i wody podróżują na południe, bo ponoć w górach (wnioskuję, że chodzi o Alpy) czasem jeszcze pada deszcz. Nie ma co ukrywać, nadzieja jest, a innych opcji brak. W tej podróży trafiają na małą stację benzynową, gdzie znajdują faceta nadającego się na przewodnika. Taką wesołą gromadką ruszają szukać szczęścia, które wcale nie przychodzi tak łatwo, jakby się chciało. Czemu? Zobaczcie sami. Ja się skupię na tym, dlaczego warto.
(więcej…)

Następna strona »
Makiety do bitewniaków