David Guymer „Zabójca Krasnoludów” – wrażenia po lekturze

5 marca 2021 dodał Karol

Ledwo skończyłem czytanie „Zabójcy krasnoludów”, a na toporze Gotreka nie zdążyła jeszcze zastygnąć krew, a ja już siedzę przed komputerem, żeby uraczyć Was swoimi wrażeniami z lektury. I choć emocje buzują jak Wiatry Magii przed Końcem Czasu (Czasem Końca?), większość z nich i tak muszę zachować dla siebie, bo spoilery w nich straszliwe, a radości Wam odbierać nie zamierzam. Cóż więc w najprzyjemniejszej z najbardziej przewidywalnych serii Czarnej Biblioteki znalazłem? Wszystko! No ale od początku, tradycyjnie i po krasnoludzku.

A początek sięga poprzedniej recenzji, po której niemal musiałem tłumaczyć się ze swojego zdania na temat książki albo opóźnień w jej dostarczaniu. Śmiałem wtedy napomknąć, że data premiery trochę się rozlazła i… nie ważne. Tym razem to z mojego gapiostwa złożyłem zamówienie trochę za późno i dostałem książkę w dniu premiery, choć wiem, że reszta korzystających z przedsprzedaży miała ją już przed weekendem (jeśli ktoś z wydawniczych zelotów odbierze to jako obelgę, to każę mu powąchać topór). W moje ręce wpadła w poniedziałkowy wieczór (popołudniówki w pracy mają zwykle swoje lepsze strony, niż opóźnianie odbioru ulubionych książek) i zabierałem się do niej z mieszaniną oczekiwania, połączonego ze złośliwością- z jednej strony w końcu interesowały mnie dalsze losy bohaterów, z drugiej świerzbiło mnie czego będzie można się doczepić. A dalej to już poszło z górki.

O czym jest „Zabójca krasnoludów”? Na pewno nie o tym, co można przeczytać w opisie na okładce. Gdy zerkniesz na niego po przeczytaniu książki, zaczniesz zastanawiać się co miał na myśli człowiek go tworzący. Niby fajnie, bo brak spoilerów, z drugiej strony jednak ciężko na jego podstawie powiedzieć, o czym ja właściwie czytałem. Aby to wyjaśnić, warto się od niej na chwilę oderwać i przypomnieć gorące lata Warhammer’a, w których postanowiono go powoli zabić. Ten okres przejściowy nazwano Czas Końca, a wywracał on wszystko do góry nogami po to, by na jego gruzach dało się utworzyć coś, przy czym wymięka nawet Chaos, a zwie się AoS (Age of Sigmar, jeśli ktoś nie znaju). W skrócie: Bogowie Chaosu mieli jakiś dziwny udział w przebudzeniu Nagasha, Archaon rusza podbić świat, Kislev upada, a jakieś śmieszne blade ludki pomagają na granicy z nim postawić wielki magiczny mur, przez który Chaos przebić się nie może. To co musicie zapamiętać to fakt, że to już nie jest ten sam świat, w którym zagrożenie czai się za rogiem- to jest świat, na który zagrożenie spada z niepowstrzymaną siłą, a nic co wcześniej miało znaczenie nie ma racji bytu, bo teraz każdy walczy o przetrwanie.

Książkę zaczynamy więc od wizji naszych bohaterów w nowych realiach, przeplatanej nawiązaniami do wcześniejszych tomów (ich dostrzeganie stanowi większość zabawy, czego autor miał chyba pełną świadomość). Snorri próbuje sobie przypomnieć czemu został Zabójcą, po czym przychodzi mu zmagać się ze strasznym demonem Abstynencją. Felix żyje w Altdorfie spędzając czas jak większość facetów przed czterdziestką i kierując się tymi samymi motywami (pozdrawiam kolegów!). Ulrika cieszy się życiem przebojowej bizneswoman, a Max do końca książki w całości oddaje się pracy w korpo. Do tego Gotrek szlaja się po Kislevie, próbując ratować wieszczkę Marzenę, choć nie ma jeszcze pojęcia, jakie potwory przyjdzie mu zabijać w finale. Przeczytajcie te zdania po lekturze, a spojrzycie na nie w zupełnie innym świetle. Bo tak właśnie napisana jest ta książka- niby znowu to samo, ale perspektywa Czasu Końca zmienia postrzeganie, co chwilę przeskakując między sentymentalnymi wycieczkami w przeszłość, a najbardziej pokręconymi historiami teraźniejszości (uwierzcie, nie chcecie spoilerów).

Choć dotychczasowe tomy Gotreka bywały różne, a po tych pisanych przez Kinga ograniczały się głównie do zmiany tła i przeciwników, tym razem gwarantuję Wam, że długo nie ogarniecie tego kto tak naprawdę ma być tym finałowym, bo ściągają się o to miano dość uparcie. Trochę zawiodłem się jednak walką z jednym z nich, bo w opisie wyszedł na o wiele mniejszego niż przywykłem, a nawet Sigmar osobiście miał z nim kiedyś większe problemy (tak, spoiler, ale tak się ulubionych modeli z gry panie Guymer nie traktuje!), ale cóż poradzić – zdarza się czasem pożałować stwora, trafiającego pod topór Gotreka, co nie? I to „kurła” nie raz!

Wysokie mury Bastionu Auric, Marszałek Roch, Helbrass czy inteligentny troll, to jednak tylko wierzchołek góry lodowej pewnego pożegnania ze światem i serią (częściowego, bo jest jeszcze jeden tom ciągu dalszego w Starym Świecie, którego nie mogę się już doczekać, a co z AoS’em to się zobaczy). Sam osobiście znalazłem w książce powiązania z praktycznie każdym tomem serii, o ile pominąć „Zabójcę Orków” (choć założę się, że coś tam jest, tylko ja tego nie pamiętam) i wspomnienie Thanquol’a liczyć jako „przedstawiciela” z „Zabójcy Elfów”. To próba zaszczepienia relatywizmu moralnego do świata, który od samego początku tworzono jako sztywny w poglądach i wartościach, po czym wartościom tym pozwolono umrzeć nawet bez udziału gotrekowego topora. Jak na ironię, wraz z tą częścią byłem przekonany, że umarła też legenda o korekcie w tłumaczeniach Czarnej Biblioteki, bo przez pierwsze dwie części miałem wątpliwości co do odmiany może z dwóch czy trzech końcówek wyrazów, co zdarza się nawet najlepszym. Na szczęście przyszła część trzecia i nadrobiła tego typu bykami za cały tom- nie powiem gdzie, ale znalazłem nawet dość ciekawy błąd ortograficzno-znaczeniowy, a naprawdę szczególnie uważny nie jestem. Za to nie rzuciło mi się w oczy nic, co mogłoby być źle przetłumaczone, a w tej kwestii chylę czoła. Tak czy siak, Copernicus z tomu na tom dba o korektę coraz bardziej, chyba że książka ma coś po 2/3 treści.

No i to na tyle z mojego udawania, że mogę być recenzentem. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że to nie moja dziedzina, nie? Ja znam się tylko na wypełnianiu Księgi Zniewag. Podsumuję więc, dla ewentualnych trolli, którym nie dane było doczekać tytułu królewskiego: „Zabójca Krasnoludów” to piękny początek końca uroczej, choć czasem przydługiej serii. To część pożegnalna nie tylko sagi o Gotreku, ale i całego świata, którego był częścią. Jest trochę jak próba pogodzenia się ze śmiercią starego przyjaciela…
A z drugiej strony – „traciłem lepszych przyjaciół”.
Krasnoludy zrozumieją.

Dawaj Gotrek! Gdzie ostatni tom w Starym Świecie?!

Książki , , ,

Strona główna » Książki » David Guymer „Zabójca Krasnoludów” – wrażenia po lekturze

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków