Josh Reynolds „Królowa Węży” – najmitowa recenzja

22 października 2020 dodał Karol

Przeczytałem „Królową Węży”, a to oznacza, że pora na kolejną recenzję historii o tym, jak to Gotrek udaje, że chce zginąć, ale mu nie wychodzi. Zacznijmy od początku. Książkę zamówiłem w przedsprzedaży, obliczając sobie ładniutko termin wysyłki i kuriera tak, aby dostać ją przed urlopem. Niestety Copernicus, który kiedyś miał problem z korektą w książkach, dziś ma problem z datami, przez co w pierwszy dzień urlopu jechałem do pracy odebrać paczuszkę, ale pocieszyłem się tym, że zawsze to lepiej niż dostać nie swoje zamówienie. Na szczęście Gotrek to Gotrek, przynajmniej mogłem spędzić czas szukając kowadła, a nie siedząc z nosem w jakiejś tam książce.

Książka utrzymuje swój format i na półce do nowych Gotreków pasuje jak ulał, grubością też nie odstaje. Jakość wydania znacie, nie będę się rozpisywał, przeskoczę od razu do treści. „Królowa Węży” czasowo, jeśli dobrze zrozumiałem, wpisuje się w tę dwudziestoletnią, czasową dziurę między „Zabójcą Gigantów”, a „Zabójcą Orków”, o której Feliks wspomina na początku tego drugiego. Pamiętamy również, że była to dziura w której sagą przestał kierować King, a zaczął Long, co odbiło się na jej jakości dość mocno, przynajmniej w moim osądzie. Wtedy to Gotrek, zamiast kreować świat Warhammer’a i wskazywać jego niezbadane elementy, zamienił się w przedstawiciela handlowego GW, opisującego zawartość podręczników kolejnych armii spotykanych przez naszego bohatera. „Królowa Węży” wydaje się próbować połączyć obie tendencje i chyba nawet nieźle jej się to udaje.

Gotreka z Felixem spotykamy na pokładzie statku nie do końca oficjalnej bandery, zmierzającego do Południowych Krain. Gotrek umyślił sobie, że znajdzie Karak Zorn (kto zna historię Najmity niech uśmiechnie się wraz ze mną), a że do miasta tego trafić nie łatwo, daje się wplątać w lokalną, choć egzotyczną intrygę. Mamy więc piaski pustyni, mamy dżunglę, nie mamy gór i Karak Zorn, ale to się wytnie. Wszędzie zaś mamy Nieumarłych i to w najróżniejszych odsłonach.

Za mocną stronę książki, z fabularnego punktu widzenia, uznaję niezłe przedstawienie cywilizacji znanej u nas jako Khemri, ale to nie ona wywarła na mnie pierwsze dobre wrażenie. To należy się reszcie Nieumarłych z Wampirami na czele. Za co? Za wyrwanie się z klimatu Sylvanii. Wiem, byli już nieumarli piraci i trochę nimi zajeżdża klimat, ale to co Reynolds zrobił z resztą ożywieńców naprawdę mi się spodobało. Zamiast wielkich wilków – ożywione pantery, zamiast koronkowych sukienek – płaszcze ze skór i piór, zombiaki wszelkich ras i kształtów oraz porzucone miasta w dżungli. To było coś. Dużo też przewija się gadzich motywów, ale te przemilczę by nie spoilerować, poza jednym kawałkiem – czy tylko mi się wydawało, że karnozaur to najczęściej występujący w dżungli gad? Przez kilka dni w lesie nasi bohaterowie spotkali ich więcej niż ja w tym czasie gołębi, a dwóch sąsiadów je hoduje… Niby drobiazg, ale mocno uderzał w oczy, tak jakby autor nie mógł dodać od siebie kilku innych, mniejszych drapieżników.

Było też dużo piasku, masa piasku! A z nim kości, magii przy której dotychczasowa wydawała się dziecinną zabawą i martwych z założenia postaci, prowadzonych tak, jakby same nie zauważały, że nie żyją. Serio, nieliczne żywe postacie, które normalnie musiałyby „rzucać kostkami”, żeby się do nich odezwać, wędrują sobie między nimi jak na sali balowej po kilku drinkach dla kurażu. Z jednej strony ratuje to fabułę i pozwala jej na wiele całkiem ciekawych (jak nie zabawnych wręcz) elementów, z drugiej jakoś mocno odbiega od tego mrocznego świata, do którego przywykłem. Zabawy nie odbiera, ale czułbym się nie do końca szczery, gdybym o tym nie wspomniał.

No dobra, to skoro mamy już główne składniki, to pora na ocenę całego dania. W kwestii przypraw, jak dla mnie trochę za dużo wampirów. Tak jakby autorowi w czasie dosypywania wieczko odpadło. Z karnozaurami wyszło podobnie. Co do samego Khemrii wychodzi na to, że to niezniszczalne ziemie z niezniszczalnym wojskiem, bawiące się od wieków w wojnę z nudów. W tym klimacie aż nie do końca rozumiem, jak w Końcu Czasów Chaosowi udało się zniszczyć te ziemie militarnie, ale okej, jest jeszcze magia. Klimat wybijania się niemal do nogi tylko po to, żeby później wstać i zrobić to samo ma swój urok, ale tym bardziej zgrzyta mi to z obdarciem go z mroku i dekadencji. Chyba mam poczucie, że w tym wszystkim to nieumarłe królestwo pozostało zbyt ludzkie, jak na warunki w których funkcjonuje, ale może to tylko moje wrażenia. Ostatnio podobne odczucia miałem oglądając trylogię RoboCopa – w pierwszej części mroczna rzeźnia dla dorosłych, by w trzeciej skończyć na przygodach plastikowej zabawki w rękach dziecka, bo tak się lepiej sprzedaje. No i te pustynne węże, których nie mogłem przełknąć już w momencie pojawienia się ich modeli…

I tu, w środku mojego marudzenia, cali na biało wchodzą bohaterowie, którzy ratują sytuację. I nie chodzi mi o Gotreka czy Felixa, którym dziwnym trafem też przybyło ikry i poczucia humoru. Tu uwagę przyciąga Antar, który kradnie całe show gdziekolwiek się pojawia. Tu pojawia się Rhupesh, który mimo bycia postacią epizodyczną robi naprawdę fajną robotę w kwestii nieszablonowości postaci. Tutaj pojawia się Steyr, który tak lubi szmatławą literaturę, że na pewno czytałby książki z Warhammer’a. Tylko z postaci kobiecych, których przyjdzie nam poznać naprawdę sporo, ciężko wybrać jakąś naprawdę ciekawą. Octavia coś tam sobą prezentuje, Zabbai też, ale niestety daleko im do oryginalności. Szkoda, bo mimo dobrze zbudowanej historii i motywacji, każdej z nich zabrakło „tego czegoś”, co mogłoby przyciągnąć uwagę na dłużej i sprawić, by to właśnie one zapadły w pamięć po lekturze. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.

Dobra, czas na podsumowanie, zanim dodam za dużo spoilerów. Książka lekka i przyjemna, z całkiem niezłą korektą (pojedyncze ogonki czy końcówki do policzenia na palcach), a jedyny zgrzyt w tłumaczeniu to „imperialny sąd” zamiast „imperialnego dworu” – sami przyznacie, że do „mechanicznego pingwina pocztowego” to się nie umywa, co wyraźnie sugeruje mi, że jakość edycji w Copernicusie rośnie. Daję za to wielkiego plusa z nadzieją, że nikt tego nie sp…rzeniewierzy. Fabularnie zaś książka na duży plus za egzotykę, treść i wyrwanie się z szablonu (piękny powrót do Kingowych korzeni!), choć nie czarujmy się, to nadal „tylko” Gotrek.

Tako rzekłem. Jadę po kowadło.

Książki , , , ,

Strona główna » Książki » Josh Reynolds „Królowa Węży” – najmitowa recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków