„Cienie nad Culmsee” 2019 – raport z turnieju

30 lipca 2020 dodał Karol

Drogi Rafaelu,

Pamiętam o obietnicy złożonej Oficjum, o przedstawieniu raportu z walk pod Culmsee. Krasnoludy nie zapominają, nie trzeba im o takich rzeczach co pół roku przypominać. Przeto, mimo iż wokół zgrzyt katapult i huk armat do snu przygrywa, korzystam z przerwy w oblężeniu i list ów piszę, aby potomni i mój punkt widzenia znali. Ważnym jest bowiem aby punkt widzenia był jeden i własny, przez wieki niezmienny i z wolą ojców zgodny, a kto inaczej twierdzi ten jest wywrotowiec, heretyk i chaosyta! Przy okazji przymknij swoje inkwizytorskie oko na błędy w pisaniu – dzień już późny, świec brakło, a opaska na oku uwiera, na korektę czasu może nie być. Sądząc po ilości klątw i uroków rzucanych przez wrogów, niektóre wersy brzmieć mogą jak nie z tego świata, ale swoją zdrowość na umyśle gwarantuję własnym słowem i pieczęcią medyka.

O tym, że się coś pod Chełmżą złego zapowiada, dowiedziałem się już od Templum na wiosnę AS2019. 20 lat od upadku komety przywróciłem działania wywiadowcze i nim czas turnieju nastał, miałem już w Mieście nawet kawał terenu, który mógłbym nazwać własnym (i to uważam za największy sukces udziału – nareszcie zacząłem robić porządny stół do grania!).
Sformowanie kompanii trudnym nie było, Zibi od razu wyraził chęć współuczestniczenia w procederze wskrzeszania martwego systemu, więc zaraz po pracy w piątek objuczyliśmy konie, wcisnęliśmy makiety do wozu i wyruszyliśmy w nieznane ku północnemu-wschodowi tej dzikiej krainy. Podróż to była pełna sentymentów – wszak przed latami okolice te były dla mnie tak jakby rodzinne, nie przeszkodziło nam to jednak zabłądzić w Brombergu, ani utknąć wśród rozkopanych ulic serca cywilizacji.

Na miejsce dotarliśmy już niemal nocą, gdzie przywitała nas spora część grupy ekspedycyjnej, z którą miało nam przyjść się mierzyć dnia następnego. Skorzystaliśmy z niespotykanej wręcz gościnności rodziców Garrana, po czym ruszyliśmy z mieszkańcami Chełmży poznawać po ciemku uroki miasteczka i próbując sabotować ich jutrzejszy stan psychofizyczny. Bezskutecznie dodam, gdyż Chełmżanie to lud twardy, hardy i w bojach zaprawiony, przeto ani tileańskie ciasta z serem, ani napitki z południowych rubieży zaszkodzić im nie chciały. I nastał wieczór i poranek, dzień sądny 05.10.2019.

Wylądowaliśmy z Zibim w podziemiach chełmżyńskiego ratusza, który aż ociekał warhammer’owym klimatem. Brakowało nam tylko tradycyjnego palenia czarownic na rynku, ale rozumiemy, że nie każdy w mieście musi umieć się bawić i czuć fajny klimat. Grunt, że było ładnie, ciepło, klimatycznie i kram spożywczy był przez ulicę. Nasz stół robił wrażenie (głównie na nas), ale i te gospodarzy daleko nie odstawały od ogólnie przyjętych norm dekadencji i zniszczenia – rzekłbym nawet, że widać w nich było włożone serce, choć nie wykluczam, że mogła to być również trzustka sąsiada.

Jako Śmieszna Wycieczka Integracyjna Emerytowanych Bojowników O Damy, Złoto I Napitki (w skrócie „ŚWIEBODZIN”), zaczęliśmy turniej na własnym stole, który przyniósł nam sporo szczęścia. Graliśmy sojuszem Wampiry i Reikland (tak, brzmi strasznie, ale to była banda Pani von Carstein ze wsparciem smutnych wdówek z Sylvanii), któremu przyszło powitać się z miejscowymi Bestiami i Kultystami. Powitać dość przyjaźnie, bo bełtem z kuszy, który przelał pierwszą krew w turnieju, wykluczając cel z akcji. Chełmżanie w swej gościnności nie odpuszczali, bo rzeź była naprawdę przyjemna i po naszej stronie, mimo że strzelanie Zibiego po pierwszym bełcie się już skończyło i nie wróciło do końca dnia. Krew się lała, bestie padały jak muchy, kultyści trzęśli się ze strachu, Wampiry kąpały się we krwi, a Wdówki z Sylwanii piły kawę w chatce, którą zajęły. I w kulminacyjnym momencie naszej rzezi… oblałem Routa i bitwę mieliśmy w plecy, ale do naszej drużyny dołączył Wódz Zwierzoludzi wskrzeszony jako Zombie, a mój wilkołakoogr został mistrzem szermierzy, po tym jak trzy rundy z rzędu parował mieczem (oczywiście, że na szóstkach!) pojedyncze ataki, które w niego wchodziły. Emocji sporo, punktów mało, ale już było wiadomo, że warto było przyjechać.

Z następnej bitwy pamiętam zmutowanego ogra na środku stołu, nieumarłych grającego sędziego, moje próby oskarżania sędziego o wałowanie (ale dzielnie się nie dawał), oraz to, że zaraz po niej padła mi siła uderzeniowa bandy. Wilko-ogro-szermierza szlag jasny trafił, a Wampirzyca nie dość, że poszła w piach, to jeszcze nekromanta, który tego dokonał, od razu nauczył się czaru wskrzeszania i podniósł ją jako Zombie (brzmi zabawnie, ale powiedzcie to tym, którzy na Wampira-Zombie w „prezencie od bezdomnego” trafili w następnej bitwie). Tak jak na pierwszym swoim turnieju w Warszawie straciłem dowódcę za 3/5 ceny bandy, tak i tym razem udało mi się podtrzymać tradycję, bo jej najsilniejszej połowy nie było już po drugiej bitwie (nawet zombie-beastmen postanowił odejść na spoczynek). Co w tym razie robiły Wdówki nie wiem, bo na pewno nie strzelały. Taka nasza mała zabawa z Zibim – ja mu dogryzam o to, że jego strzelcy nie strzelają, a on mi że przegrywamy, bo moje ghoule nie utrzymały dwóch band na klacie i uciekają. Żeby było mało, zaraz po tym dostałem informację, że 300 km ode mnie właśnie puszczono wodę w ogrzewaniu i zalewam sąsiada z dołu. Wszystko to na raz złożyło się w tak ciekawy kawałek, że nawet kebab nie chciał mi zasmakować, co na pewno dostrzegli przeciwnicy w ostatnim starciu.

W ostatnim starciu moi wojacy radzili sobie lepiej niż ja – oni się jeszcze jakoś starali, moje morale leżało gdzieś poniżej poziomu wody w Stirze (pewnie u sąsiada z dołu). Bardziej niż na walce w dwoma parami przeciwników skupiłem się już na rozmowach z miejscowymi i oczekiwaniu na zakończenie. Pamiętam jakieś szczury próbujące się przegryźć, czy krasnoluda strzelającego z wieży, ale zmęczenie dawało już się we znaki i raczej nasłuchiwałem jako sobie wampirzyca-zombie radzi na sąsiednim stole czy posyłałem ukradkowe środkowe palce sędziemu, niż planowałem działania.

Po ostatniej potyczce turniej nadal umiał zaskoczyć. Gdy nastawiłem się już na zajęcie ostatniego, szóstego miejsca, okazało się, że przecież było nas siedem par graczy i zajęliśmy siódme. Każdy otrzymał zestaw upominków od najróżniejszych sponsorów (w sumie byłem wśród nich, nawet chwaliłem się tutaj Kartami Zadań!), załapałem się na tom z trylogii Sigmara, gdzieś po drodze między bitwami śmignął nawet tort na dwudziestolecie gry. Pełen klimat.

I właśnie to była najmocniejsza część całego wydarzenia. Pal sześć bitwy, kostki i miarki, choć przysporzyły nam sporo emocji. Najfajniejsze było spotkanie ze świetnymi ludźmi, bez napinki, bez stresu, bez szarpania się o złote gacie. Po turnieju zostaliśmy w lochach, by powspominać stare czasy, pomarudzić na obecne i poplanować przyszłe. Tam też zrodził się pomysł cykliczności spotkań i ustawienie się na przyszły rok. Papcio Nurgle dał o sobie znać, ale pomysł nie upadł: drugą część „Cieni” robimy więc u nas, mam nadzieję, że Chełmża pod Świebodzinem będzie bawić się równie dobrze, co my u nich. Szkoda, że gdy padł pomysł pójścia na miasto, było już zbyt późno, by Emerytowani Bojownicy mogli sobie na to pozwolić, planując na następny dzień podróż powrotną.

Zbyt wiele „achów” i „ochów” turniejom nie służy, dopowiem więc już tylko, że wszystkie zamieszczone tu zdjęcia bezczelnie ukradłem, ale jest ich więcej i spokojnie znajdziecie je na fajsikowej stronie Cieni nad Culmsee.

Tako też, Drogi Rafaelu, obowiązek raportowy uznaję za spełniony. Załączoną skrzynię z Dziwokamieniem potraktuj jako gest dobrej woli, mający wzmocnić siły wojsk Waszych, bo mizerne ponoć, słabują strasznie i głupio je będzie bić tak bez skrupułów, jak dzieci.

Z wyrazami szacunku
Karol, Stary Najmita

Ciekawostki, Mordheim ,

Strona główna » Ciekawostki, Mordheim » „Cienie nad Culmsee” 2019 – raport z turnieju

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków