C.L. Werner – „Tropiciel Czarownic” – nawet nie recenzja

5 czerwca 2019 dodał Karol

Staż w kolejnym miejscu to kolejne wyzwania. Na przykład sporo wolnego czasu, gdy za oknem żar lejący się z nieba, a praca w dużej mierze wiąże się z dwunastogodzinną bezczynnością. W tych właśnie warunkach przyszło mi przebrnąć przez dalszą część „Łowcy Czarownic”, który nie okazał się niestety fantastyką równie ambitną co teoria relacji z obiektem Kernberga, ale na pewno bardziej wciągającą.

Co takiego wiązało się z pierwszym tomem już wiecie, w końcu zdążyłem podzielić się swoimi plebejskimi wnioskami, przez co opis tego tomu zajmie mi o wiele mniej miejsca. Wynika to głównie z tego, że nie ma sensu ponownie przedstawiać Wam głównych bohaterów, ale i sama fabuła zbyt zawiła nie jest. Mathias ze Strengiem w pogoni za wampirem Sibbechai’em ruszają do Wurtbadu. Miasto otoczone jest kordonem sanitarnym, bo szaleje w nim zaraza niewiadomego pochodzenia, ale przecież taka drobnostka nie może powstrzymać naszych bohaterów przed zwalczaniem herezji.

Jak łatwo się domyślić tam gdzie jest zaraza, tam znajdą się i chorzy, i kapłanki Shallyi, i lekarze… i jak to w dużych miastach bywa – wielka polityka i wielkie szczury.
I tylko nie mówicie, że to spoiler, bo sami byście na ślepo się o to założyli. W tym wszystkim przewijają się spiski, Das Buch die Unholden, jedna postać kobieca posiadająca imię i ślad wątku romantycznego długiego na prawie dwa akapity (w dwóch różnych rozdziałach, żeby nie było zbyt namiętnie).

Fabuła ma potencjał do rozbudowanej intrygi, gdyż przeciwnicy Łowców (których cały miejski zakon, wraz z nienajszlachetniejszymi jego członkami przyjdzie nam poznać) to kilka wątków fabularnych, które jednak zdają się ze sobą przenikać w najbardziej losowych momentach książki. I choć cała historia to naprawdę kawał mięsistego Warhammer’a, to jednak autor zrobił wiele, by czytelnik nie musiał się w nią zbytnio angażować ani intelektualnie, ani emocjonalnie.

Owszem, znajdzie się w fabule kilka scen z rozmachem i wielkim potencjałem, chociażby ta dotycząca sytuacji z twierdzą (kto przeczyta będzie wiedział), jednak został on tak pięknie spłaszczony i kiepsko opisany, że bez najmniejszych wyrzutów sumienia użyję określenia – zmarnowany. Jak dla mnie spokojnie można by mu było poświęcić z dwa rozdziały jak z horroru, ale po co, skoro można go ograniczyć do pyskówki dowódców?

Podsumowując treść i wrażenia – jak na sequel przystało, druga część wydaje mi się nie dorównywać pierwszemu tomowi, ale jako że nie jest to żadnym zaskoczeniem, można z tym żyć. W kwestii tłumaczenia obeszło się bez legendarnych smaczków, a te kilka literówek to już jak dla mnie urok Czarnej Biblioteki i chyba byłbym zawiedziony, gdybym żadnej nie znalazł. Siary nie ma.
I to by było na tyle. Mało? To przeczytajcie sobie książkę. Ja powoli zabieram się za kolejny tom, bo mam ochotę wreszcie dowiedzieć się co będzie dalej!

Książki ,

Strona główna » Książki » C.L. Werner – „Tropiciel Czarownic” – nawet nie recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków