C.L. Werner „Łowca Czarownic” – coś jak recenzja

7 maja 2019 dodał Karol

Długo zwlekałem z polowaniem na tę książkę. Jakoś tak do mnie nie przemawiała, może ze względu na za mało kolorową okładkę. Oczywiście coś tam się ludzie na Stronicach Czarnej Biblioteki nią podniecali, ale bądźmy realistami – jak się ktoś podnieca książkami o elfach w kosmosie, to nie zawsze musi być wiarygodny w kwestii gustu. No ale stało się, pojechałem na Pyrkon.
Tam poczułem się staro nawet jak na własne standardy- uszkodzony kręgosłup nie pozwalał na spokojne obczajanie cosplayerek, a klimat targowiska, w którym brakuje Ci tylko Dibblera wciskającego parówki, to po 11 latach nieobecności na „konwencie” jednak za dużo. Mimo to komercyjnemu szałowi dałem się ponieść, a jednym z jego przejawów było upolowanie całej łowieckiej trylogii. I oto macie pierwszą odsłonę, w miarę możliwości bez spoilerów.

Książka urzekła mnie samym początkiem, bo zaczyna się 500 lat przed jej wydarzeniami, w samym sercu ruin Mordheim. Pan Klausner łowca czarownic, ściera się z poszukiwanym przez siebie wampirem Sibbehai’em. Niby nic, a trafiło w moje gusta już od prologu i przyznać musiałem, że moje uprzedzenia były niepotrzebne. Co więc dostałem później?

Fabuła z początku wydawała się banalna, jednak w jej trakcie dało się trafić na kilka całkiem ciekawych plot-twistów. Zaczynamy od poznania dwójki głównych bohaterów, którzy towarzyszyć nam będą przez całą serię, więc chyba wypada ich przedstawić. Pan Thulmann to zaprzysiężony Łowca Czarownic, od lat parający się swoim fachem. Jego głównym adwersarzem w historii był wujek-czarnoksiężnik, przez co wychowany w wierze sigamaryckiej Mathias (bo tak ma na imię) dla zbawienia duszy postanowił mieć w szkole same szóstki z WFu i religii, po czym wyruszyć w świat. W swojej wędrówce piekł heretyków na stosach, torturował tych co nie chcieli za dużo mówić i powołując się na urząd zajmował najwygodniejsze kwatery w karczmach i spijał najprzedniejsze wina z piwniczek – w końcu kto władzy zabroni? Jako tak miły przyjemniaczek, Mathias Thulmann znalazł sobie przydupasa o imieniu Streng. Streng jako przydupas najwyraźniej nie ma nazwiska, bo musiałby mieć do tego historię rodziny. Na razie wystarczy wiedzieć, że był dobrym zwiadowcą w armii Ostlandu, ale zdezerterował. Dezercja nie jest dla Mathiasa wystarczającym powodem żeby spalić kogoś na stosie, ale akurat styknie, żeby wciągnąć kogoś na listę płac. Streng sprawdza się więc jako osoba nosząca kuszę, z którą świetnie wygląda i wszystkim grozi, ale różnie mu idzie z innymi zastosowaniami. Przydaje się też jako kat i oprawca, bo to on wykonuje wyroki Mathiasa. W czasie wolnym Streng żłopie browary i maca dziewki, bo dziwnym trafem w jego towarzystwie te zachowują się jak głodne koty. Normalnie koleś taki, że brakuje tylko by zbierał znaczki, ale przecież nie o tym.

O co więc chodzi w książce? Pan Łowca i jego pomagier zostają oderwani od pościgu za wujkiem, bo generał zakonu zleca im inne zadanie. W dziedzinie rodu Klausnerów zwanej Klausburgiem (w szczycie swojego zblazowania specjalnie tłumaczyłem sobie tę nazwę jako Mikołajki) źle się dzieje, giną ludzie, trzeba to zbadać. Sama rodzina Klausnerów to potomkowie tego Klausnera z Mordheim, z ojca na syna Łowcy Czarownic, ale jakoś tym razem zachowują się w sprawie mordów jak ostatnie ofermy, więc trzeba to zbadać po dwakroć, tylko subtelnie, bo Wielki Teogonista jest przyjacielem familii.

Z takiego banalnego wstępu dało się zmontować całkiem fajną intrygę, nawet znośne śledztwo, kilka w miarę dynamicznych walk i jak na Warhammer’a całkiem porządną sieć relacji rodzinnych. Mówię „jak na Warhammer’a”, bo oczywiście poglądy wszystkich postaci są tak spolaryzowane, że dałoby się na nich kompasy nastawiać, a niejeden polityk chciałby takich fanatyków wśród swoich wyznawców – naprawdę, uwierzcie, Komisarze w Gwardii Imperialnej to przy nich amatorzy. Mimo to w „Łowcy Czarownic” odnalazłem to, czego w książkach Czarnej Biblioteki ze świecą szukać. Bohaterowie naprawdę przeżywają rozterki moralne, na które do tej pory nie było nigdzie miejsca. No dobra, gdzieniegdzie próbowano, ale proszę Was, jakie rozterki moralne mógł mieć Gotrek albo mutujący grasant chaosu czy inny kislevita czekający aż mu ktoś zaraz drugą rodzinę zamorduje? Klausnerowie, ich poddani, sam Łowca Czarownic, a nawet główni adwersarze, właśnie przez swoją sztywność poglądów miotają się w warunkach relatywizmu moralnego jakby tyłkiem na ulu usiedli. Oczywiście wszystkie te rozterki mają swoje konsekwencje, ale nie oszukujmy się – nadal bliżej im do tych przeżywanych przez Żółwia Franklina niż Geralta z Rivii. Podsumowując: na miłe zaskoczenie w sam raz, na intelektualny orgazm to nadal Czarna Biblioteka.

To co jeszcze przyciągnęło moją uwagę to całkiem fajne tłumaczenie i delikatne oznaki tego, że do książek Copernicusa wreszcie zawitała korekta. Wprawdzie nadal tu czy tam znajdzie się jakiś powtórzony zaimek, dziwna odmiana, a przecinki czasem wydają się wstawiane w myśl zasady „im więcej tym lepiej, trzaśnij jeszcze dwa”, ale nie znalazłem nic godnego prześmiania ani wspominania (moim zdaniem mechaniczny pingwin pocztowy z „Zabójcy Zombi” wciąż prowadzi w rankingu!) przez najbliższe dekady. Za to poznałem słówko „rab” oznaczające sługę lub niewolnika, które zostało użyte przez tłumacza bodajże w miejsce „thrall’a” – z początku trudno mi było je przeżuć, ale po paru użyciach nawet zaczęło smakować i dodałem je do swojego słownika.

To by więc chyba było na tyle jeśli chodzi o tę pozycję. Na podłodze czekają dwie kolejne pozycje z serii (nie pytajcie czemu na podłodze, mam w mieszkaniu warsztat odlewniczy do mordheimowych domków), za które na pewno zabiorę się wieczorami… i pewnie nie omieszkam Was tym pomęczyć!

Książki ,

Strona główna » Książki » C.L. Werner „Łowca Czarownic” – coś jak recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków