Josh Reynolds „Droga Czaszek” – wrażenia z kolejnego spotkania z Gotrekiem

21 maja 2018 dodał Karol

Biedny Gotrek i jego przekleństwo w poszukiwaniu zguby – świat Warhammera już dawno umarł zabity przez swych twórców, a on ciągle żyje i nie może umrzeć. Mniej więcej tymi słowami powitałem jakiś czas temu wieść o „Zabójcy Zombi”, nic dziwnego więc, że ich echo na nowo rozbrzmiało w mojej głowie gdy dowiedziałem się o tomie „Droga Czaszek” wydawanym właśnie przez Wydawnictwo Copernicus. Jeśli dobrze rozumiem 22 maja jego premiera, ucieszyłem się więc niemożebnie trzymając w łapkach swój egzemplarz niemal tydzień wcześniej, dzięki czemu ta „pseudorecenzja” (na Grimnira! Jak ja dawno tego nie robiłem!) wpadnie na Was „na gorąco”. Oczywiście, można zadać pytanie, po co po raz trzynasty czytać o krasnoludzie, który macha toporem i nie może umrzeć, na szczęście nie miałem potrzeby rozmyślań w tym kierunku – krasnoludzkie klimaty są u mnie ostatnio bardzo żywe, a i sam dłubię właśnie krasnoludzką karciankę, Gotrek trafił więc w me gusta idealnie. Zacznijmy więc tę nierówną walkę i oceńmy, czy było warto.

„Droga Czaszek” autorstwa Josha Reynoldsa to już trzynasty tom przygód Gotreka i Feliksa. Jest to tom na swój sposób wyjątkowy pod kilkoma względami. Pierwszy, wspomniany wcześniej jest taki, że wciąż toczy się w świecie, który już dawno nie żyje. Nie ma dla mnie nic dziwnego w tym, że Gotrek nie umiera dłużej i nie zdziwię się, jeśli w następnych tomach nie umrze podobnie i zostanie jednym z bohaterów w uniwersum „Age of Sigmar”. Boję się, że będę płakał krwawymi łzami, nie tylko z oczu, ale cóż poradzić – pewnie i tak będę czytał. Bo książki z Czarnej Biblioteki są jak parówki z Biedronki, hamburgery z Mac’a i tanie piwo z chipsami – wiesz że to nic zdrowego, w układzie pokarmowym bardziej pasuje do jego drugiej strony, ale gdy już raz zasmakujesz to prędzej czy później sięgniesz po więcej i więcej (kryjąc się przed rodziną, ale zawsze). Jak pewnie zauważyliście, jako XIII tom przygód jest pierwszą książką, której tytuł nie brzmi jako „Zabójca (wstaw nazwę istot z uniwersum)”, bo wszystkie opcje brzmiałyby dziwnie – do wyboru mielibyśmy Maruderów, Wojowników Chaosu, Bestii (ale to już było), Demonów (również) albo Ogarów, ale to brzmiałoby śmiesznie po tych wszystkich smokach i reszcie potworków. Na przekręcenie idei i zatytułowanie książki „Zabójca w Karak Kadrin” nikt nie wpadł, ale jeśli ktoś chciałby streszczenia książki, to pewnie tak by właśnie brzmiało. No i ostatnia zmiana, to nowy autor. Tym razem Williama Kinga i Nothana Longa zastąpił ktoś nowy, kto w czarnej bibliotece dorobił się już masy książek z uniwersum Wh40k i Age of Sigmar, ale niestety niepotrzebnie postanowiłem go sprawdzić, bo okazuje się, że 5 nowych Gotreków już napisał i wydał – wciąż nie mają „Zabójcy” w tytule, więc trzeba je będzie rozpoznawać po obrazkach na okładce. Zostaje mi więc tylko czekać, zwłaszcza że wciąż wydają się być umiejscowione w Starym Świecie. Nie odbiegajmy jednak za daleko, wracamy do samej książki, czyli tego co mamy.

Fabuła opisana na okładce jest prosta – wielka armia chaosu dowodzona przez Krwawego Wilka Garmra zamiast rozlać się na Imperium, porusza się po grani Gór Krańca Świata prosto w kierunku Karak Kadrin. Na swej drodze zbiera czaszki dla Khorne’a i dąży do odbudowania Drogi Czaszek z mitów, bo do tego gna ją wizja przeznaczenia wodza. Twierdza broniona przez całą rodzinę Żelaznych Pięści (Ungrima, jego syna i co dość oryginalne – jego żonę Kemmę) wraz ze świtą poradzić sobie musi z nie lada wyzwaniem. Na szczęście, skoro o przeznaczeniu mowa, do twierdzy w tym samym czasie przywiewa Gotreka. Opis większej ilości szczegółów zdradzić nie może, bo ich po prostu nie ma. Zwrotów akcji za bardzo nie ma się co spodziewać, za to szkielecik ten całkiem zgrabnie ubrano w smakowite mięsko szczegółów.

Fabuła toczy się dwutorowo, co jak dla mnie w kwestii Gotreka na taką skalę wydaje się nowością. Zwykle to zawsze Zabójca był na pierwszym planie, a inne „ujęcia” (przynajmniej w mej pamięci) zdarzały się niezmiernie rzadko dla samej pikanterii. Tutaj z rozdziału na rozdział przeskakujemy od jednej armii do drugiej, by tak naprawdę niemal do samego końca nie mieć pewności, dla kogo bogowie pragną odbudować Drogę Czaszek, wieki wcześniej wybrukowaną nimi przez Grimnira, z uporem przerzynającego się przez hordy demonów na północ. Z jednej strony poznajemy więc Karak Kadrin, dostajemy potężną dawkę krasnoludzkich smaczków, historii na temat tego komu, kiedy i za co Gotrek w twierdzy podpadł, poznajemy od podszewki kult Zabójców, a z drugiej strony czeka na nas horda Chaosu z jej czempionami, wodzami, ambicjami i poplątanymi planami.

Co ciekawe obie strony dostały masę postaci z krwi i kości (no dobra, użycie tego sformułowania to spore nadużycie, ale potraktujcie je jako zło konieczne), często odwracając ich dotychczasowy stereotyp (Canto po stronie Chaosu czy Gryzer po stronie zabójców wraz ze swym Spamiętywaczem), a nawet doczekały się parytetów – zarówno po stronie „korników” jak i „pokurczy” znajdziecie znaczące postacie kobiece trzęsące oboma obozami. I choć od początku do końca nie miałem pojęcia jak duża horda zalewała krasnoludzkie królestwo (zaczynało się od kilku tysięcy, później gdy zaczęła ponosić coraz większe straty robiła się coraz większa, by przechodząc od konkretnej liczebności sztandarów dojść do liczb w granicach miliona – widać że dla autora nie było to szczególnie ważne albo nie mógł się zdecydować), to i sama obrona twierdzy wydawała się dość chaotyczna i nagle okazywało się, że w twierdzy Zabójców jest ich chyba najmniej w całym Starym Świecie. Mogę sobie na to marudzić, ale chyba wszyscy wiemy że świat Warhammera zawsze tak miał i raczej literackiego Nobla za obrazowość opisów książka nie dostanie.

Rozwodzić nad tomiszczem można by się tak długo, ale na szczęście nie jest to ani jego streszczenie, ani dyskusja krytyków literackich. Nie oczekiwałem zbyt wiele i dostałem czego chciałem, a o to właśnie chodziło, prawda? Przez miesiące narzekałem na brak czasu do czytania książek, po czym chwyciłem jedną i te 360 stron zjadłem przed snem w trakcie całkiem aktywnego weekendu. Odpocząłem, zresetowałem się, poukładałem obowiązki i z toporem w łapie gotów jestem na kolejne wyzwania. Słowem: Gotrek swoją rolę spełnił. Od reszty serii szczególnie nie odstaje, a przyznam szczerze, że w porównaniu z „Zabójcą Zombie” wychodzi nawet całkiem nieźle. Nadal ma parę niedociągnięć pod postacią literówek, nie do końca trafnej odmiany w tłumaczeniu czy innych smaczków, ale przynajmniej brak w nim mechanicznych pingwinów pocztowych ;)
Lubisz Gotreka? Trzymasz w domu resztę serii? Po tę książkę też sięgnij, siary nie będzie.

Książki , , , ,

Strona główna » Książki » Josh Reynolds „Droga Czaszek” – wrażenia z kolejnego spotkania z Gotrekiem

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków