Zombie hunter – minirecenzja filmu

13 stycznia 2014 dodał Karol

Jaki film, taka recenzja. Za recenzenta nigdy się nie uważałem, dlatego też najczęściej wybieram sobie do opisu filmy, których autorzy za super filmowców raczej też nie uchodzą. Mam jednak wrażenie, że w to co robią wkładają kawał serca i masę roboty, przez co należy się im szacunek odrobinę większy, niż marna czwóreczka na portalach filmowych. Ale po kolei…

Po co w ogóle robię recenzję tych wszystkich ledwo znanych filmów, które ciężko polecić komuś, kto nie jest fanem kina nadającego się głównie na paczkę chipsów i zgrzewkę piwa? Bo mi takich recenzji brakuje. Co weekend niemal spotykałem się z przyjaciółmi na sobotę z „sziti muwi”, ale na jakiś czas z powodów mocno osobistych musieliśmy zawiesić tę tradycję. Dużo jednak wody w szalecie zdążyło upłynąć, a my jak na złość wciąż nie możemy pozwolić sobie na skorzystanie z jakiejś listy typu „tak kijowe że aż fajnie nadające się na wasze wieczorki filmowe”. Dlatego właśnie prowadzę ten kącik i dlatego, wracając do starej tradycji, wracam też do recenzowania tych pociesznych, ale nadal w miarę godnych do obejrzenia filmów. A czemu ten? Już wyjaśniam…

Cały film, jak wszystkie filmy z zombie w tytule, na dzień dobry tłumaczy nam przyczynę powstania „apokalipsy”. Na rynek wchodzi mieszanka najróżniejszych dragów, która okazuje się popularniejsza niż Coca Cola. Ludzie szpikują się nią ile wlezie, a później rodzi się w nich zło. Zamieniają się w bezrozumnych kanibali, którym w głowie tylko głód ludzkiego mięsa. Oczywiście nie od razu, ale ze względu na to, iż narkotyk stał się popularniejszy już chyba od alkoholu i papierosów, gdy fakt wyszedł na jaw, było już za późno.

Dalej poznajemy Łowcę, naszego głównego bohatera. Podróżuje on sobie po kraju i morduje nasze zombiaki, przekonany że jest jedynym ocalałym na całym bożym świecie. Nie jest, o czym przekonuje się później, poznając małą gromadkę ocalonych, w tym dwóch lasek i księdza z siekierą, którego gra… Danny Trejo (!).
Całość utrzymana w tak mocno kojarzącym mi się z Trejo klimatem grindhouse, że aż dla samego tego kurzu i brudu miło mi się to oglądało. Co ciekawe całość mocno odbiega od konwencji klasycznych zombiaków, co przypadło mi do gustu chyba najbardziej, a przy okazji wywołało niekontrolowany ból rzyci u większości fanów gatunku. Otóż nasi rozkładający się od dragów kanibale, przesiąknięci czystym złem ludzie bez krztyny człowieczeństwa, to nadal ludzie. Żadne trupy, wskrzeszeńcy, ani nawet zmutowani, biedni chorzy rozprzestrzeniający plagę byle uszczypnięciem w tyłek. To zwykli, nieludzcy szaleńcy, którzy lubią zabijać i zjadać, ale, uwaga! Nikogo nie zarażają! Po prostu mieli przewagę liczebną, efekt zaskoczenia, „wszędzie” swoich, a ludzie nie byli na to gotowi. Ot tyle w kwestii realiów. Może i naciąganych mimo wszystko, ale dla mnie całkiem sympatycznych.

Film jaj nie urywał, ale tej paczki chipsów był jednak wart. Wielkim hitem i tak być nie zamierzał, o czym świadczy scenografia, w której elementach można zauważyć takie smaczki jak chociażby plakaty „Orcs!” – równie porywającego przecież filmu ;) Na dodatek całość kojarzyła mi się mocno z „Kronikami Mutantów”. Tyle że co do kronik mutantów, jako spadkobiercy Warzone miałem spore nadzieje, a wyszło jak zawsze. Tutaj nadziei nie miałem i jakoś szczególnie się nie zawiodłem, bo do prawie 60 minuty był nawet całkiem spoko.

Jeśli jesteś fanem zombiaków, ale niezbyt ortodoksyjnym, lubisz grindhouse’y i Dannego Trejo, to może to być film dla Ciebie. O ile nastawisz się na to, że jaj nie urywa. Ale czas zabija świetnie, nawet bezsensownością ujęć ;)

Zombie hunter (2013)
Produkcja: USA
Reżyseria: K. King
Scenariusz: K. King

Filmy ,

Strona główna » Filmy » Zombie hunter – minirecenzja filmu

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków