William King „Zabójca Smoków” – recenzja nieobiektywna

26 września 2013 dodał Karol

Pora pójść za ciosem i przedstawić Wam kolejny tom sagi o Gotreku i Felixie. Bardzo bym chciał powiedzieć, że „Zabójca Smoków” rozkręca ją jeszcze bardziej, ale niestety moja subiektywna ocena mi na to nie pozwala. Po prostu zajebistość wcześniejszego tomu podniosła poprzeczkę na tyle wysoko, że kolejny może do niego tylko dążyć, mimo iż aż takiego wrażenia nie robi. Niestety nie wymarudzę się bardziej, bo książka mimo wszystko jest niesamowita.

Nasi bohaterowie zabili już wcześniej Krwiopuszcza i próbują jakoś wrócić do domu. Po drodze zauważają potężną armię Chaosu prącą na południe i zamierzają ostrzec o niej kogo trzeba. Niestety, najpierw w drogę wchodzą im Skaveny, a później okazuje się, że nie są jedyną jednostką latającą w górskiej przestrzeni powietrznej. Niedaleko Karak Kadrin ich sterowiec zostaje zaatakowany przez gigantycznego smoka, któremu najwyraźniej znudziło się ciągłe spanie i postanowił sobie poszaleć. W sumie nie miał na to wielkiego wpływu, gdyż został przebudzony przez dwóch podejrzanych, chaotycznych typków, a teraz niszczy co popadnie stanowiąc znaczące zagrożenie dla bezpieczeństwa całkiem sporej okolicy. Smoka udaje się przepędzić, jednak koszt tego czynu okazuje się ogromny. Wyjście jest tylko jedno: gdy nasi bohaterowie docierają do twierdzy Zabójców, postanawiają zebrać chętnych i ubić bestię nawet za cenę własnych żywotów. Bez tego mogą zwyczajnie nie zdążyć wrócić do Kisleva i ostrzec Praag przed nadchodzącym zagrożeniem.

Tak w wielkim skrócie przedstawia się zarys fabularny części, która najbardziej skomplikowaną w kwestii intrygi nie jest. Szczerze mówiąc jest cholernie liniowa i jakoś nieszczególnie zaskakująca, na szczęście nadrabia dzięki bohaterom. Wielu ich nowych nie ma (niemal wszyscy to znajomi z poprzedniej części), ale sam fakt tego, że są drużyną oryginalnych Zabójców jakoś nadrabia. Oprócz tego jest oczywiście smok, jacyś bandyci czający się na jego skarb i hordy zielonoskórych, które zawsze chętnie zrobią za statystów do mordowania. Gdzieś w tle wciąż krąży Thanquol, co do którego mam wrażenie, iż też powoli już robi za statystę i jako główne zadanie ma przedłużanie książki, a nie podbijanie świata. W jego miejsce na scenę wchodzą powoli siły Chaosu i sprzyjający im smok, który jak już „tajemniczy” tytuł tradycyjnie sugeruje, do następnego tomu przeszkadzać nie będzie.

Z wartościowszych rzeczy fabuła przedstawi nam dokładnie: Karak Kadrin i kult Zabójców, niezły kawałek Gór Krańca Świata i szczególne działanie miecza Felixa. Oprócz tego oczywiście parę innych rzeczy, ale czytałem książkę na tyle dawno, że z czystym sercem mogę stwierdzić, iż to głównie one wbijają się w pamięć. Oczywiście zostają jeszcze sami Zabójcy, z których każdy jeden jest jeszcze większym indywiduum niż wcześniejszy, ale naprawdę nie chcę Wam psuć zabawy z poznawania bohaterów.

Podsumowując: książka niezła, acz niekoniecznie najlepsza z serii. Odniosłem wrażenie, że to dość spory łącznik między genialnym „Zabójcą Demonów”, a mocno epickim „Zabójcą Bestii”, mający na celu zamianę lekko zużywającego się wątku Thanquola, na nadchodzącą inwazję Chaosu. Nie zmienia to faktu, że nadal pozostaje integralną częścią niesamowitej sagi, za co należy jej się szacunek i poświęcenie odrobiny czasu. Tako rzekłem, bo takoż uważam. Miłego czytania!

Książki , , , ,

Strona główna » Książki » William King „Zabójca Smoków” – recenzja nieobiektywna

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków