William King „Zabójca Skavenów” – niemal recenzja

1 sierpnia 2013 dodał Karol

Nie no, to oczywiście jest normalne, że gdy kupuję sobie całą sagę jakichś książek, to nie ma wśród nich akurat drugiego tomu. Na szczęście sprawę udało się załatwić i tak oto „Zabójca Skavenów” wpadł w moje ręce, by zostać pożartym w jeden weekend. Oczywiście nie obyło się bez komplikacji, ale już tłumaczę. Otóż drugi tom sagi Gotreka wydaje się być w polskim Internecie białym krukiem. Nie miał go wydawca, żadna księgarnia, żaden znany mi sklep z grami. Wszędzie „nakład wyczerpany”. Dorwałem go wreszcie w jakimś internetowym sklepiku z zabawkami, ale zaraz po złożeniu i opłaceniu zamówienia otrzymałem e-mail informujący mnie, że jednak książki nie będzie. Na szczęście ktoś akurat wystawił jedną sztukę na allegro…

Z uporem godnym krasno ludzkiego zabójcy i podobnym mordem w oczach na widok listonosza (cały dzień w domu, żeby wychodząc wieczorem znaleźć awizo w skrzynce) odebrałem wreszcie oczekiwany pakunek (z uszkodzoną okładką) i zabrałem się za czytanie. Na co trafiłem?

Po pierwsze najbardziej dostrzegalna jest ewolucja stylu pisania. Układ luźno powiązanych opowiadań zamieniono na coś pomiędzy mocno zazębiającymi się opowiadankami (każde miało własne punkty kulminacyjne i było wstępem pod kolejne porównywalne technicznie), a zwykłą powieścią z ponazywanymi rozdziałami. Oprócz tego sam klimat opowiadań zmienił się z mrocznych i dusznych lasów, pełnych starowarhammerowych mutantów, w klimat miejskich potyczek między naszymi bohaterami, a w pełni opisaną, gotową do podania zamiast podręcznika armią i rasą skavenów.

Ale spróbujmy bardziej fabularnie: Gotrek i Felix lądują w Nuln, gdzie próbują jakoś zarobić na życie. Zaciągają się do jednej z najpodlejszych robót jakie można znaleźć w mieście, ale przynajmniej tam nikt nie pyta ich o prawomocne wyroki. Tak też patrolując ścieki i mając nadzieje na oczyszczenie ich z paru goblinów natrafiają na obecność szczuroludzi pod miastem. Oczywiście składają raporty, ale te są systematycznie ignorowane i wkładane między bajki. Tak zaczyna się całość, która rozwija się w długą, ale interesującą opowieść o skaveńskiej społeczności, próbującej pod wodzą Szarego Proroka Thanquola opanować Nuln i rzucić z niego Imperium na kolana.

Czytając książkę poznacie najbardziej oryginalne wytwory skaveńskiego społeczeństwa, przyjrzycie się cudownie narcystyczno-dysocjalnym charakterkom większości jego członków, a nawet pouśmiechacie się pod nosem widząc jak wewnętrzne spory o władzę skutecznie nie pozwalają takiej potędze sięgnąć po dominację w świecie na powierzchni. W kolejnych rozdziałach zapoznacie się z metodami działań klanu Eshin, dowiecie się jak to skaveńscy inżynierowie zdobywają i reperują swoje wynalazki, poznacie ciekawe losy zarazy w Nuln, a nawet przyjrzycie się negatywnym skutkom produkcji GMO w cudownej prezentacji klanu Moulder. A wszystko okraszone Felixowym talentem do komplikowania sobie życia, Gotrekowym systemem motywacyjnym dla rzecznych przewoźników, czy po prostu cudowno-śmierdzącym klimatem nulnijskich spelunek. A jak ktoś woli miejską szlachtę niż pospólstwo, to znajdzie się i ona, i bogaci kupcy: wszak Felix jest przecież człowiekiem obytym, i łażenie po kanałach nie wyklucza wędrówek po pałacach elektorskich.

Może i brzmi to trochę jak moje klasyczne marudzenie, ale uwierzcie, że to wszystko naprawdę trzyma się kupy! No może poza jednym szczurem (no muszę to napisać, po prostu muszę!), który w jednym rozdziale zostawia mózg na podłodze, a w następnym epizodycznie pojawia się cały i zdrowy, choć do tej pory nie wiem dlaczego (dla fanów serii i szukania dziury w całym: pan nazywał się Gazat i był epizodyczną postacią wskazywaną jako dowódca pazura w dwóch pierwszych rozdziałach. Może w oryginale wszystko było okej i tylko tłumacz się walnął?!).

Jeśli podobał Wam się „Zabójca Trolli”, to uważam, że „Zabójca Skavenów” był jeszcze lepszy. Spójny, dopieszczony i świetnie wpisany w historię świata (choć Thanquola znałem dotąd jedynie z „Shadow of the Horned Rat” w którym wydawał się mniej komediowy), okazuje się tomem naprawdę godnym uwagi i wartym wszystkich tych komplikacji związanych z jego odnalezieniem.

No i przedstawienie skavenów sprawia, że każdy ich fan po prostu książkę tę musi poznać. Musi. Po prostu musi. W ogóle wszyscy muszą. Muszą wszystko! Skaveński przymus i już! O!

Książki , , , ,

Strona główna » Książki » William King „Zabójca Skavenów” – niemal recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków