„Zabójca orków” Nathan Long – niemal recenzja

11 lipca 2013 dodał Karol

To przecież jak najbardziej naturalne, że jeśli sięga się po jakąś sagę, to zaczyna się od szóstej części, a zaraz potem sięga po ósmą, prawda? Tak więc podążając za tym jak najbardziej naturalnym ciągiem logicznym, sięgnąłem po „Zabójcę orków” opowiadającego o dalszych losach Felixa i Gotreka, tym razem piórem innego autora (bo czemu by nie?).

Nasza para po długich podróżach w okolice Indu i Kataju (koniecznie muszę to przeczytać), na pokładzie małej, prywatnej jednostki pływającej, próbuje powrócić do Starego Świata przybijając do Barak Varr. Sęk w tym, że gigantyczna zadyma wojenna ogarniająca niemal cały świat trwa w najlepsze, a port blokowany jest przez orki. Cóż to jednak dla Gotreka, żeby przebić się małą łupinką przez tamę orczych tratw? W porcie okazuje się, że nikt nie wie czy Imperium jeszcze stoi, Felix boi się o losy rodziny w Nuln, większość krasnoludzkich sił wyruszyła zaś do oblężonego przez Archaona Middenheim wypełniając daną ludziom przysięgę o wiecznej pomocy. Problem jednak jest taki, że wielka orcza ruchawka okazała się na tyle skuteczna, że niemal niebronione Karak Hirn wpadło w bardzo dziwnych okolicznościach w ich łapska. Mimo iż mocno spieszą się na północ, nasi bohaterowie zostają związani przysięgą, aby pomóc w odbiciu twierdzy.

Ludzie mówią, że Long nie dorasta Kingowi do pięt jeśli chodzi o pisanie sagi, ja jednak chyba miałem niesamowite szczęście, że trafiłem na tę książkę. Jest tak na wskroś krasnoludzka, że połknąłem ją jednym haustem, a w pornosach mówią, że to najlepszy sposób na okazanie miłości. Nie lubię spoilerować, więc sobie odpuszczę, ale jak dla mnie pozycja ta jest obowiązkową dla każdego fana krasnoludów w młotkowych realiach. Mentalność zabójców macie szansę znać już z wcześniejszych tomów, jednak jeśli chodzi o prywatne życie małych bydlaków, ich twierdze, politykę i ustrój społeczny: jak do tej pory lepiej nie trafiłem.

Żeby było jasne: książka to nie tylko powielanie stereotypów tej rasy i trzymanie się szablonów, do których każdego trzeba było wcisnąć. Wręcz przeciwnie, każdy z bohaterów wydaję się jak najbardziej unikalny, ma własny repertuar zachowań, własne plany na przyszłość, umiejętności, cele i marzenia. I każdy jest lojalny i uparty jak góra.

Przeciw komu przyjdzie im stanąć? Przeciw dziwnie zachowującym się orkom. Zorganizowanym, cichym, spokojnym, pełnym dyscypliny i samozaparcia. Ba! Nawet brzmiącym jak banda kastratów, a nie stado łosi na rykowisku! Dziwne? Bo takie ma być! Za podbiciem Karak Hirn stoi bowiem coś więcej niż tylko zielonoskóre tałatajstwo, a zło które drzemie w twierdzy wydaje się bardziej pradawne niż ludzie i krasnoludy razem wzięci.

I to jest chyba dobry moment na małą, personalną wycieczkę. Widzicie Najmitę takim jaki jest, część z Was pamięta jaki był kiedyś. Część zaś pamięta również powód tej zmiany, czyli szumnie zapowiadany (i chyba już nawet szumnie spuszczony w klozecie) projekt o roboczym tytule „Karak Zorn”. Gdy wymyślano jeszcze sam zarys fabularny tamtego dodatku, nikt nie miał najwyraźniej pojęcia o „Zabójcy orków”, gdyż jest on tak podobny do fabuły tej książki, że chyba tylko ja mogłem na to wpaść ;) Jak dla mnie tylko kolejny dowód na geniusz pomysłodawcy albo projektu, albo książki ;) A może właśnie ten fakt podobieństwa sprawił, że pozycja ujęła mnie za serce? W końcu tak bardzo lubimy to co nam znane lub to co kojarzy nam się z nami samymi? Nie mnie oceniać. Wiadro piwa wystarczyło, żeby pomysł reanimowania projektu przytłumić i zająć się rzeczami ważniejszymi- Księga Uraz nie ucieknie!

Wracając jednak do samej książki: dzięki niej dowiecie się jak ustala się szyk marszowy w kolumnie krasnoludów, dlaczego tak rzadko opuszczają one twierdze wychodząc na wojnę (bardzo podobny powód), o co można żywić urazę przez dziesiątki, setki a nawet tysiące lat, a przy okazji przyjrzycie się coraz wyraźniejszemu rozłamowi między starym a nowym w krasnoludzkim społeczeństwie. Plany twierdz, stosunki sąsiedzkie i misje samobójcze też Was nie ominą, w końcu to opowieść o Gotreku!

I na koniec: tym razem nie doczepię się znikomej obecności zabójcy. Wprawdzie działa bardziej jak szalony ork niż porządny krasnolud, a jego stosunki z dawnymi przyjaciółmi (Ups! Spoiler! Gotrek miał przyjaciela!) przypominają bardziej zachowania gimbazy na wojnie, niż kilkusetletniego mężczyzny po przejściach, ale przecież nie można wymagać aż takiego realizmu od Czarnej Biblioteki, prawda?

I to by było na tyle… czas zamówić wreszcie pozostałe tomy! Normalnie sam w to nie wierzę…

Książki , , , ,

Strona główna » Książki » „Zabójca orków” Nathan Long – niemal recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków