Sandy Mitchell „Miasto Śmierci” – pseudo recenzja

13 czerwca 2013 dodał Karol

Nie ma co ukrywać: przygody Rudiego autentycznie mnie wkręciły i mimo masy błędów przy tłumaczeniu budują naprawdę świetny klimat świata Warhammera. W „Mieście Śmierci” nasi bohaterowie trafiają do Marienburga, który po odłączeniu od Imperium i zdobyciu statusu wolnego miasta wydaje się całkiem bezpiecznym miejscem dla naszych uciekających przed łowcą czarownic bohaterów. Spoilerować nie zamierzam, ale krótko wyłożyć co mi się w książce podobało mogę.

Przypominając: po ucieczce z miasteczka spacyfikowanego przez inkwizytora, Rudi wraz ze swą uzdolnioną magicznie koleżanką Hanną, trafia do Marienburga, gdzie zapoznaje się z miejscowymi zwyczajami i geografią. Zaczyna robić karierę, poszukuje kupca który może znać tajemnice jego przeszłości, a koleżance próbuje odnaleźć kogoś, kto mógłby zdjąć niszczące ją piętno.

Przygody przygodami, wkręcają niesamowicie. Niestety jeśli chcecie książkę kiedyś przeczytać, to opowiadanie o nich mija się z celem. Za to opowiadać o mieście, w którym się odbywają, mógłbym godzinami (gdybym je miał). Marienburg potraktowano z tak cudowną dokładnością i realizmem, że nie sposób pomylić go z żadnym innymi miastem. W trakcie wędrówek po jego ulicach, autor przedstawił praktycznie każdą atrakcję turystyczną miasta na jaką możne natrafić przedstawiciel pospólstwa, wliczając w to największe świątynie, budynki administracji publicznej czy ruchomy most. Wszystko zanurzone w tle poprzecinanego kanałami miasta portowego (coś jak nasza Wenecja), wszędobylskich interesów, a nawet ciemnych zaułków „ciepło” witających każdego, z kultystami Chaosu włącznie.

Jako że miasto to jednak nie tylko drogi i budynki, przyjdzie nam się w książce zapoznać również z miejscowym folklorem. Zaczynając od drobnych złodziejaszków i sytemu gildii (czyli większych i oficjalniejszych złodziejaszków), przyjdzie nam zapoznać się z faktycznym życiem w portowych tawernach, jaskiniami hazardu, mniej lub bardziej uczciwymi interesami, aby dojść do działania straży miejskiej, jej relacji z innymi oddziałami porządkowymi, czy funkcjonowania niezależnego, marienburskiego uniwersytetu. Są dzielnice Niziołków, są chodzące po ulicach wyniosłe elfy. Ba! Nawet kawę mają!

Mało? Jest więcej, ale nie o wszystkim chcę mówić. Dlaczego? Bo książka faktycznie trzyma w napięciu, jest całkiem nieźle i dynamicznie napisana, świetnie trzyma się realiów, a wszelkie próby nadmiernego jej opisywania po prostu mogą zepsuć Wam zabawę z czytania. Jeśli jesteś Mistrzem Gry i planujesz wrzucić swoich graczy do Marienburga, to ta pozycja może stać się dla Ciebie nie tylko świetnym źródłem inspiracji i informacji, ale i doskonałym zbiorem opisów, z których mógłbyś czerpać pełnymi garściami…

Po prostu polecam, a co z tym zrobicie, to już Wasza sprawa. Tak to się w końcu zawsze dzieje, prawda?

Książki , , ,

Strona główna » Książki » Sandy Mitchell „Miasto Śmierci” – pseudo recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków