Sandy Mitchell „Posłaniec Śmierci” – prawie recenzja

31 maja 2013 dodał Karol

No i stało się! Znowu zabrałem się za czytanie książek z Czarnej Biblioteki i udało mi się trafić na coś, pod co mogę podpiąć określenie „całkiem niezłe jak na Warhammer’a”.

Zacznijmy od małej uwagi na temat serii (bo jak zwykle okazuje się, że mimo braku zapowiedzi to pierwszy tom większej całości): „Posłaniec” osadzony jest w mrocznym, młotkowym świecie, ale jeśli spodziewacie się wielkich kampanii militarnych i spektakularnych bitew, to się srogo zawiedziecie. Targetem tej książki są bowiem RPGowcy zakochani w WFRP, o czym od razu ostrzega logo na okładce. Co to zmienia? A no to, że nasza uwaga w trakcie czytania będzie bardziej skupiona na intrygach i perypetiach garstki bohaterów, niż opisach wspaniałych manewrów i pełnego chwały utrzymywania linii przy chronieniu artylerii.

Bohaterem książki jest Rudi, który jak stereotypowa większość RPGowych bohaterów nie zna swoich rodziców. Mieszka z ojczymem przy jakiejś zapadłej wioseczce, z grzeczności określanej jako miasteczko, ale i tam woli trzymać się lasów, bo najwyraźniej jest lekko aspołeczny. Ogólnie bohater z niego jak z koziej moszny akordeon, a i w relacjach społecznych jest naiwny jak powieści z Czarnej Biblioteki. Na szczęście, jak się później okazuje, to tylko taki zabieg literacki, aby jeszcze wyraźniej dostrzec jego rozwój w miarę postępu fabuły (choć jego podejście do kobiet podsuwa mi parę wesołych dowcipów na temat autora). No i właśnie ten nasz chłopczyk odkrywa w pobliżu wioski ślady zwierzoludzi. Wraz z nimi w osadzie pojawia się dziwna zaraza, a zaraz za nią Łowca Czarownic, co jak zwykle w takich sytuacjach daje mieszkańcom dość spory wybór co do tego, z jakiego powodu chcą zginąć. Reszty fabuły zdradzać nie będę, bo po co? Grunt że ten wątek zajmuje naszą uwagę jakoś do połowy książki, a jej reszta nadal ma szansę nas zaskakiwać, mimo znanego już wszem i wobec motywu przewodniego.

Co do samej książki, powiem szczerze że wygląda na półce chyba jak do tej pory najładniej. Okładka fajna, choć nie mająca nic wspólnego z treścią, nareszcie wygląda jakoś profesjonalnie. Gorzej z zawartością, gdy już się do niej dobrać. Faktu tego, że to pierwsza książka z serii nie odkryjesz, dopóki się nie dogrzebiesz do drugiej części: ani słowa o tym na okładce, ani słowa wewnątrz niej. To samo dotyczy korekty, której nie uświadczysz od początku do końca książki: cała napisana jest co najwyżej po polskawemu, a literówek i błędów w niej więcej niż w moich pseudorecenzjach. Jeśli jesteś ciekaw, ile razy można w jednym miejscu zdania napisać „się” albo ile słów w zdaniu można poprzestawiać i niewłaściwie odmienić, aby czytelnik nadal mógł zrozumieć jego treść, to koniecznie sięgnij po „Posłańca”. Wiem że się wyzłośliwiam, ale Copernicus lekko przegiął, jeśli uważał, że oddanie książki przed wydrukiem tylko do tłumacza jest manewrem wystarczającym… Za plus zaś można uznać to, że opis książki na okładce nie zepsuje Wam radości z czytania, bo jedyne co ma wspólnego z nią samą jest imię głównego bohatera – coś jakby na „Nowym Testamencie” napisać, że to meksykański kryminał o mściwym handlarzu kokainą, który bardzo lubi Matkę Boską.

Dość już jednak sadyzmu, w końcu wspomniałem, że czytało się fajnie. A to ze względu na ciekawy klimat, wręcz ociekający młotkową esencją. Sprytnie budowane napięcie, ciekawa intryga, psychopatyczny inkwizytor i miły, naiwny tropiciel, tworzą niezły fundament pod opowieść o kultystach, zwierzoludziach, wiedźmach i życiu w Imperium. Ba! Nawet drużyny poszukiwaczy przygód mają tu swoje miejsce, jakby wzięto je prosto z sesji!

To co jednak spodobało mi się najbardziej, to motyw podróży głównych bohaterów. Zawsze gdy przychodziło mi grać albo prowadzić w tych realiach, ciężko mi się było wbić we właściwy klimat podróżowania po Starym Świecie. Tutaj nie dość że dostałem je całkiem zgrabnie podane, to jeszcze wydawały mi się tak realne jakbym sam wędrował po wiejskiej okolicy. Może i tempo poruszania się do najbardziej realnych nie należało, ale motyw naprawdę ładnie wkomponowano w treść… Drugim takim smaczkiem jest fakt, że nasi bohaterowie niemal przez cały czas podróżują bez broni, co wydaje się miłą odmianą po hurtowych ilościach magicznych mieczy i świecących pancerzy. Tego jednak komentować nie będę.

No i to tyle jeśli chodzi o moje prywatne wynurzenia na temat książki. Swoje wywaliłem, spoilerować nie chcę, a przy okazji jestem za bardzo zmęczony by silić się na więcej. Fanom WFRP spokojnie polecę, reszta i tak przecież do niej nie zajrzy ;)
„Posłaniec Śmierci” okazał się lekki i zaskakująco przyjemny, i wolę nie czekać z poprawianiem tej recenzji do momentu, w którym to wrażenie minie…

Książki , , ,

Strona główna » Książki » Sandy Mitchell „Posłaniec Śmierci” – prawie recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków