C.L. Werner „Runiczny Kieł” – recenzja

20 lutego 2013 dodał Karol

Dzisiaj postaram się być mniej stronniczy. Pewnie z powodów wyrzutów sumienia związanych z długim brakiem wpisów, postanowiłem tę książkę wreszcie dokończyć i koniec końców nie żałuję. Jak zwykle w przypadku książek z Czarnej Biblioteki nie miałem do czynienia z arcydziełem, ale przynajmniej nie zasypiałem w pociągu, jak to mi się zdarzało przy okazji niektórych z wcześniejszych tomiszczy.

Tym razem fabuła książki przenosi nas na południe Imperium, jednocześnie cofając lekko w czasie. Mamy oto okres trzech cesarzy, a zjednoczone niegdyś ziemie ludzi powoli gniją rozkładane wewnętrznymi ambicjami ich władców. Jedną z ofiar takiego stanu rzeczy jest Solland, który najechany przez Gorbada Żelaznego Szpona niemal przestał istnieć i po odepchnięciu najazdu orków „wpadł” pod protektorat Wissenlandu. Pomijając sam fakt rozbicia krainy i wyrżnięcia jego obrońców (bo kto by się tam przejmował drobnostkami) Gorbad zagarnął ze sobą największy skarb tej krainy: symbol jej władzy, Runiczny Kieł zwany Naprawiaczem Krzywd.

Zaraz po poznaniu tej historii poznajemy jednak prawdziwe tło wydarzeń. Oto ziemie Wissenlandu ogarnia niekończąca się plaga nieumarłych, cała starożytna horda, której na nieszczęście mieszkańców nie stworzył szalony nekromanta, jakaś wredna wiedźma czy nawet ambitny Wampir. Dowodzi nią zło tak straszliwe, że swego czasu zagrażało ono nawet potędze samego Sigmara. Jego armia wydaje się niepokonana, kolejne wojska i miasta ulegają jej naporowi, a każdy żołnierz poświęcony na tę beznadziejną walkę zasila jej szeregi. Czy może być gorzej? Może!

O co chodzi dokładnie możecie sobie przeczytać sami, bo cokolwiek dopowiem, zakończy się wielkim spoilerem. Wiedzieć musicie tylko tyle, że jedyną nadzieją na pokonanie nadchodzącego zła jest odnalezienie Runicznego Kła, który jak wiadomo zaginął już przed latami. Na scenę wkracza więc ciekawa drużyna śmiałków (od Niziołka, przez cały przekrój wissenlandzkiej armii, po ogra i wiedźmę Morra), a historię ubarwiać będą orki, dzikie bestie, okrutne starcia z nieumarłymi i Averlandem próbującym wykorzystać słabość sąsiada w tle.

Jeśli spodziewacie się czegoś więcej niż opisu kampanii wojennej, to się lekko zawiedziecie, jednak moim zdaniem fakt tego, że autor nie silił się zbytnio na rozdmuchiwanie wątków pozamilitarnych wyszedł książce na dobre. Nie żebym w jakiś sposób nie doceniał starań autorów Czarnej Biblioteki do rozwijania intryg czy romansów (wręcz przeciwnie: niech piszą więcej i się uczą!), ale tutaj naprawdę nie były potrzebne.

To co jednak urzekło mnie najbardziej, to unikanie nadmiaru optymizmu i bohaterstwa. W książce co rusz coś się dzieje, i co rusz przychodzi nam ujrzeć zarówno silne, jak i słabe strony bohaterów. To samo dotyczy wydarzeń, które czasem toczą się tak źle, że aż prosiłyby się o poprawę losu. Ów los się oczywiście zmienia, ale jeśli myślicie że na dobre, to najczęściej będziecie w błędzie. I bardzo dobrze, bo nic tak dobrze moim zdaniem nie oddaje prawdziwego mroku sytuacji Wissenlandu, jak ciągły pesymizm, porażki i poczucie zasypywania go w trumnie.

Podsumowując (bo tym razem nie zamierzam się silić na więcej pseudointelektualnych wynurzeń) książka jak zwykle arcydziełem nie jest. Ale jeśli parę razy zamierzacie wybrać się gdzieś pociągiem, podróż na pewno umili. Zwrotów akcji będzie wystarczająco sporo by potrzymać Wasze zainteresowanie w trakcie podróży, a bohaterowie są na tyle wyraźni, że nawet zaspani ich nie pomylicie ani z resztą bohaterów, ani z konduktorem. Od innych dzieł BL szczególnie nie odstaje ani w jedną, ani w drugą stronę, więc jeśli lubicie tego typu czytadła, na pewno Wam się spodoba.

Dziękuję za uwagę, wracam do nauki! ;)

Książki , , ,

Strona główna » Książki » C.L. Werner „Runiczny Kieł” – recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków