Wrath of Heroes – minirecenzja

23 stycznia 2013 dodał Karol


Sam nie do końca rozumiem jak to jest. Niby świat Warhammer’a to mój ulubiony świat fantasy, a za każdym razem gdy przychodzi mi coś z niego recenzować, to jadę po tym czymś jak tuwimowska lokomotywa. Nie inaczej jest i teraz, gdy przychodzi mi zrecenzować gierkę osadzoną w młotkowym uniwersum, ale niestety chyba tylko graficznie…

„Wrath of Heroes” to taka mała popłuczyna po „Warhammer Online” i korzystająca mocno z jego osiągnięć. Panowie z EA, BioWare i Games Workshop (bo to oni postanowili wklejać swoje loga do gry) zauważyli chyba dwie stałe tendencje na rynku gier, którymi są: a) coraz większe zainteresowanie drużynowymi naparzankami za niby-free (np. League of Legends) oraz b) coraz mniejsze zainteresowanie Warhammer’em Online. Postanowili więc połączyć obie idee i spłodzili tego potworka.

Dlaczego zaraz potworka? Chyba właśnie z sympatii do Warhammer’a, którego okaleczono tutaj niemiłosiernie. Jeśli nie wierzycie, sprawdźcie sami: grę znajdziecie pod adresem http://wrathofheroes.warhammeronline.com/ chociaż obejrzenie dokładnej zawartości strony może od Was wymagać rejestracji. Ale w sumie skoro już to zrobicie, możecie zainstalować grę i pograć sobie w nią za darmo, by przekonać się czy mówię prawdę, czy znowu zwyczajnie marudzę.

W samej rozgrywce zadanie gracza nie jest trudne. Ot wcielamy się w jednego z dostępnych bohaterów z młotkowego świata (na obrazku znajdziecie wszystkich, poza jednym elfem który nie załapał się na screena), którzy póki co w sześcioosobowej drużynie staną do walki z dwoma innymi drużynami tego typu, aby zdobyć dominację w danym scenariuszu.

I tu pojawia się pierwszy haczyk. Jeśli myślicie, że drużyny te będą w jakikolwiek sposób posegregowane, to się srogo mylicie. W jednej bandzie znajdziecie sigmaryckiego kapłana, skaveńskiego inżyniera, wysokiego elfa, wampira, krasnoluda i orka, i żaden z nich nie będzie miał nic przeciw temu. Żeby było śmieszniej, gdy zginiecie (a umierać będziecie masowo), będziecie mogli odrodzić się jako jeden z proponowanych bohaterów. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, żeby po śmierci jako elf wrócić 5 sekund później jako skaveński zabójca i to w tej samej drużynie.

No ale to tylko przecież kwestia ultraskiego podejścia prawda? Gra nadal może być przecież grywalna. No i faktycznie mogłaby, gdyby nie paskudne sterowanie. Naszego bohatera widzimy od pleców, myszką zmieniamy ustawienia kamery, nią też wybieramy cele (chyba że chcemy je ustawiać automatycznie, czyli pozwolić im zmieniać się trzykrotnie w ciągu sekundy), poruszamy się WASD’em i korzystając jeszcze z chwytnych stóp używamy przycisków od 1 do 5 na aktywowanie najróżniejszych ciosów i umiejętności. Gdy przyszło mi korzystać z mikstur byłem bliski samobójstwa, ale nie miałem czym pociągnąć za spust…

Biorąc pod uwagę, że na małym polu walki znajduje się łącznie 18 postaci, z czego tylko 5 jest nam przyjaznych, musicie uświadomić sobie jedno: wygrywają ci, którzy najszybciej naparzają w klawiaturę i biegają w kupie, potrafiąc skupić się na jednym przeciwniku na raz i wyrzynając tak kogo się da. Nie macie połączeń głosowych z drużyną? Spokojnie! Na pewno macie jeszcze z kilkanaście palców żeby obsłużyć chat! O ile uda się go Wam odpalić…

Na szczęście szybko można się przyzwyczaić (tak mówią, bo mi się jeszcze nie udało) i opanowując zasady gry znaleźć sobie odpowiadającego nam herosa.
Nie daliście się nabrać, prawda?
Jedna gra, to (jak dobrze pójdzie) około 50 sztuk złota do Waszego stanu posiadania (no chyba że od razu trafiacie do zwycięskich drużyn i załapiecie się na trochę drobnych więcej). W takiej sytuacji wystarczy spokojnie uzbierać jakieś 9000 (w górę) sztuk, żeby kupić sobie herosa na którym nam zależy. Niestety tym razem nie żartuję, ale faktycznie ceny mogą się lekko różnić- gdy gram na laptopie, zawarty w grze sklepik NIGDY, ale to NIGDY nie działa. Taki dodatkowy urok.

Ale przyjmijmy, że faktycznie już uda Wam się zagrać i nawet będziecie czerpać z tego przyjemność. Na pewno traficie na 5 scenariuszy, z czego u mnie nie wiedzieć czemu, mimo upartego preferowania tylko jednego (na który nigdy nie trafiłem), zawsze włączały się tylko dwa: Arena i Świątynia Mourkain.
W pierwszej wszystkie trzy drużyny wyżynają się wzajemnie, a zwycięstwo osiąga ta drużyna, która zatłucze najwięcej przeciwników.
W drugiej zajmować trzeba punkty strategiczne, które ograniczają się do trzech flag i umieszczonej na środku planszy świątyni z artefaktem. Oczywiście za mordowanie innych można dostać dodatkowe punkty dla drużyny, więc pacyfiści się nie odnajdą.
W Piramidzie Settry przyjdzie nam biegać po malutkich tunelach, by przejąć jakiś porąbany artefakt za którego przeniesienie dostaniemy punkty, o ile nie zje nas jakaś horda, a Przełęcz Czarnego Ognia to klasyczne przejęcie flagi. W Ogrodach Morra za to możemy się zwyczajnie powybijać, by poczekać na pojawienie się czachy która zamieni nas w chorążego szkieletów, co gwarantuje nam dodatkowe bonusy i przyciągnie nienawiść innych graczy. Fajnie, nie?

Jeśli uważacie, że te wypociny są chaotyczne i nic Wam nie mówią, to interfejs w grze jest podobny. W ogóle wszystko jest tam podobne i chaotyczne. Wasi towarzysze zasuwają jak durni, wy błyskawicznie staracie się jakoś logicznie używać skilli, po chwili ktoś Was zabija (bo akurat podeszliście za blisko, albo automatyczne targetowanie sprawiło że staliście się ofiarą jakiegoś teleportu), a parę sekund później jako ktoś zupełnie inny lecicie z trojką kolegów których spotkało to samo z punktu odrodzeń do dowolnego punktu, który zdaje się zapowiadać jakąś akcję. Niektórym się to podoba, mi do gustu nie przypadło. A szkoda.

Zresztą co się będę dalej rozpisywał. Zagrajcie, spróbujcie, sami wyróbcie sobie opinię. W końcu ponoć jest za darmo!

Inne gry , ,

Strona główna » Inne gry » Wrath of Heroes – minirecenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków