Steven Savile „Klątwa Nekrarchy” – recenzja

15 stycznia 2013 dodał Karol

Odkąd pamiętam mówiono mi „nie oceniaj książki po okładce”. Porada jak najbardziej trafna, do momentu w którym trafia się na książkę taką jak ta. Niby obrazek ładny, ale żeby nazwisko autora wydrukować z błędem?

To tylko pierwsza z wielu uwag dotyczących tej książki, ale tym razem postaram się streścić.

Fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się niezgorsza. Napisana jest dwutorowo, przedstawiając historię Radu- wampira Nekrarchy i jego przydupasów, równolegle do losów bohatera-zawałowca Reinhardta Metzgera oraz jego przydupasów (żeby było różnorodnie). Oczywiście przydupasów możemy podzielić na bliższych i dalszych, ale niezależnie od rangi i tak przypada im rola minionów do wykonywania ciężkiej roboty i zapychania fabuły. Cała intryga opiera się o to, że wampiry chcą zdobyć nowy, potężny artefakt, na drodze stoją im ludzie, ludzie dostają więc wpiernicz, potem ruszają po zemstę, wampiry dostają lekkie manto i książka się kończy.
Całość na początku zapowiadała się naprawdę mrocznie i klimatycznie, ale skończyło się jak zawsze.

Tak naprawdę w całym tomiszczu odwołań do świata Warhammer’a spoza samego wątku fabularnego było niewiele. A to gdzieś wysłano posłańców po pomoc (i na tym wątek zakończono, bo o wynikach tej pomocy ani widu, ani zakąski), a to ktoś wspomniał dawnych nekromantów, a to gdzieś stała świątynia Sigmara. Wszystko. Tak naprawdę książkę tę przy kosmetycznych wręcz zmianach dałoby się wcisnąć do dowolnego uniwersum, i nawet byście pewnie nie zauważyli różnicy.

Ja w trakcie jej czytania poczułem się trochę oszukany. Gdy zaczynałem, fabuła wydawała się mroczna, lekko okraszona tajemnicą, dawała szansę na eksplorację fluffu związanego z jedną z najbardziej zaniedbywanych linii wampirzej krwi, a tu zonk. Szybko zamieniła się w zwyczajne następowanie po sobie niemal oczywistych wydarzeń, które nie wnosiły do fabuły żadnej świeżości. Knowania wampirów które miały być mroczne i zagadkowe, do pięt nie dorastały zagadkom komiksowej Myszki Miki w „Kaczorze Donaldzie”, a główny zły zamiast mrocznym był po prostu wrednym dupkiem, w dodatku zachowującym się jak dureń (jego przydupasy także).

Fajne były opisy walk i różnych sytuacji, do czasu gdy człowiek sobie uświadamiał, że tak naprawdę kopiują one same siebie i za którymś razem można było zwyczajnie wymięknąć. Do tego proporcje nacisku na niektóre elementy fabuły wręcz rażą po oczach tym, jak bardzo w danym momencie autorowi chciało się w ogóle pisać. Czytasz parę stron opisów gabinetu w podziemiach czy rozterek lirycznych bohatera, by później poznać opis śmierci trzech ważnych postaci w jednym, króciutkim akapicie. Może za bardzo się czepiam, ale może znajdzie się jeszcze ktoś, kto mógłby uważać, że takie coś może być lekko „nie halo”.

Oczywiście całe te wypociny to jak zwykle moje frustracje związane z książką (utknąłem parę godzin na jakimś przesiadkowym wydupiewie bo zaplanowany pociąg tego dnia nie jechał i nie miałem akurat żadnej lepszej lektury), więc przypominam, że dotyczą jedynie mojego gustu. Nie ukrywam, że mogą znaleźć się fani tematu, którym całość się spodoba. Sam motyw „dregów”– kalek i brzydali mieszkających pod zamkiem wampira i szukających w nim schronienia wydawał mi się naprawdę ciekawy, choć bardzo nędznie „rozwiązany” w scenach finałowych. Do tego wiele eksperymentów ze wskrzeszeniami, do których odnośników w Warhammer’owej mechanice nie znajdziecie, wydawało się naprawdę oryginalnych, ale zbyt szybko pominiętych. Niejeden obiecujący wątek niestety zaczęto nie kończąc, lub zakończono tuż po jego rozpoczęciu. Nawet zombiaki trzymały się w moim postrzeganiu trochę gorzej niż zazwyczaj, mimo że wiązało się z nimi parę dobrych pomysłów- po prostu autor nie mógł się zdecydować, czy mają być mięsem armatnim, czy elitarna jednostką stworzoną do zabijania.

I chyba właśnie te potężne rozbieżności w fabule sprawiły, ze mój końcowy odbiór całości okazał się tak mało przychylny. Co wam jednak szkodzi spróbować? A nuż znajdziecie coś świetnego, co ja przegapiłem…

Książki , , ,

Strona główna » Książki » Steven Savile „Klątwa Nekrarchy” – recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków