W stronę słońca (Sunshine) – recenzja filmu

6 grudnia 2012 dodał Karol

To miał być inny wpis. Zupełnie inny. Ale zdarza się – poczeka. Nikt z powodu tej zmiany nie umrze, a nawet jeśli, to także się zdarza. Film o którym chcę napisać jest zwyczajnie smutny. A może po prostu spokojny? Na pewno godny polecenia. Tyle, że nie od razu.

Mam w szkole (tak, wciąż się uczę, choć nie wiem po co), koleżankę o imieniu Kasia. Jest młoda, śliczna, i całe życie przed nią. Spokojne życie bez zbędnego patosu, bez wielkich wymagań, bez ambicji jakoś szczególnie różniących się od tych należących do ludzi w jej wieku, okolicy i sytuacji społeczno-ekonomicznej. Kasia chce żyć i cieszyć się życiem, choć codziennie boi się o decyzje, które mogłyby jakoś to życie ułożyć. Mimo to, do tego poukładania dąży, bo inne rozwiązania nie wchodzą w grę. Boi się zmian pracy, boi się kredytów, boi się tego, czego teraz zwykle boją się ludzie. Nie boi się wojen, końca świata ani zimy. Kasi by się ten film nie spodobał, bo by go nie pojęła.

Nie chodzi tu o to, że go nie zrozumie, bo choć film jest wymagający, to ona też jest bardzo błyskotliwa. Nie chodzi tu też o to, że nie wczułaby się w bohaterów, bo jest niesamowicie empatyczna. Po prostu Kasia nie jest człowiekiem, który w czasie pożaru domu, gdy płonący sufit sypie się na głowę, a pies z kotem właśnie spłonęły żywcem, zamiast uciekać sięgnie po szklaneczkę Martini i chwyci najbliższą książkę, by przeczytać choć kawałek zanim papier rozwieje się w płomieniach. A właśnie takim człowiekiem trzeba się stać, by poczuć ten film.

Słońce, źródło życia na Ziemi, Bóg-Stwórca i Ostateczny Niszczyciel, właśnie umiera. Na planecie już od lat rządzi lodowa zima, a jej macierzysta gwiazda wydaje ostatnie tchnienie. Ludzkość opatulona w ciepłe koce stara się przetrwać, choć nie do końca wie jak. Wpada jednak na plan gotowy wstrząsnąć posadami układu dogorywającej gwiazdy. Statek kosmiczny „Ikar” wyrusza w swój rejs, aby zdetonować w słońcu ładunek, mający je na nowo rozgrzać. Niestety, jego misja kończy się fiaskiem. „Ikar 2”, który leci za nim, staje się więc ostatnią deską ratunku dla ludzkości.

Kilkuosobową załogę poznajemy w momencie, w którym zbliża się do gwiazdy na tyle, że ma ostatnią szansę na kontakt z Ziemią. Zaraz potem dolatuje do Merkurego, gdzie tylko i wyłącznie przypadkiem (?), wsłuchany w dźwięki kosmosu nawigator wyłapuje obcy dźwięk- sygnał ratunkowy pierwszego „Ikara”.

Wiem, że to zarys scenariusza jak w tandetnym horrorze, ale filmowi do niego daleko. Każdy z bohaterów jest człowiekiem z krwi i kości, każdy czemuś się poświęca i każdy ma swoje motywy do robienia tego co robi. Niestety, praktycznie każdy też wie, że oto mieszka w trumnie lecącej do krematorium i raczej nic nie może na to poradzić. Dodatkowo im dalej lecą, tym mocniej uświadamiają sobie, że szanse na powrót nieubłagalnie maleją do zera. Ponadto, gdy w zwykłym horrorze pewnie musieliby ścierać się z obślizgłymi obcymi czy nadnaturalnymi siłami, tutaj muszą sobie radzić ze zwykłym światłem, pustką czy zimnem, ale przede wszystkim z własnymi słabościami i decyzjami, od których zależeć może los całej ludzkości.

Film jest pełen symboliki, choć szczerze mówiąc nie od razu ją odkryłem. Dopiero po jego obejrzeniu zrozumiałem, że prawie każda śmierć w filmie (a było ich parę), wiązała się raczej z poczuciem spełnienia lub ulgi, niż przerażenia, którym próbuje karmić nas kino horrorów. Na dodatek bez sztandarów, hymnów i zbędnego patosu, co zwykle próbuje wcisnąć nam Hollywood (albo polskie „kino lekturowe”). Jak się okazuje, wystarczy oczyszczające światło i odczucie kontaktu z absolutem (jakim dla takiego pyłu jak człowiek jest jego Bóg-Słońce), by spokojnie zastąpić wszystkie te elementy.

Można się oczywiście w filmie paru rzeczy przyczepić. Fizyk od czasu do czasu się uśmiechnie, ale na pewno nie poczuje się dogłębnie urażony. Jeśli zaś potrafi docenić doskonałą ścieżkę dźwiękową, to nawet nie będzie zadawał pytań typu „ale jak rozpalić słońce czymś tak malutkim?!”. Film spodoba się też dowolnemu mistykowi, człowiekowi w depresji, czy szaremu fanowi picia Martini i czytania książek w płonących domach. Kasi by się raczej nie spodobał… Mimo że piosenkę końcową polubiłaby na pewno! („Avenue of Hope” I Am Kloot – tak gdyby ktoś szukał)

Przydałoby się jeszcze jakieś mądre, wynikające z obejrzenia filmu zdanie na koniec. Może „w braku nadziei największa nadzieja”? Myślę, że pasuje jak ulał. Jak chcecie, to cytujcie do woli. Raczej nie będę pobierał tantiemów :P

A film polecam. Bardziej niż Martini.

produkcja: USA, Wielka Brytania (2007)
reżyseria: Danny Boyle
scenariusz: Alex Garland
czas trwania: 107 min.

Filmy ,

Strona główna » Filmy » W stronę słońca (Sunshine) – recenzja filmu

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków