Ostatni Legion – recenzja filmu

26 grudnia 2012 dodał Karol

Samo napisanie o tematyce tego filmu wydaje się już wielkim spoilerem, ale cóż poradzić? Widz przecież nie jest durniem i od pierwszych minut spodziewa się tego, co w końcu musi się wydarzyć: ten film o upadku Imperium Rzymskiego jest tak naprawdę luźną próbą osadzenia legend arturiańskich w realiach ginącego cesarstwa. Próbą udaną dodam i całkiem sympatyczną.

Wiele było już kinowych interpretacji losów legendarnego władcy Brytanii. Godnym wspomnienia byłby tu kultowy „Excalibur” (oglądałem go po kilka razy, żeby odnaleźć jakiegoś łucznika), przewinęło się też kilka zwyczajnych szmir czy luźnych nawiązań w stylu komedii familijnych. Pomijając te ostatnie, wszystkie łączył nadmierny patos, wszechobecny mrok i poczucie jakby nie patrzeć: braku oryginalności. Co innego więc znalazło się tutaj?

A no jak już wspomniałem, fabuła nie kręci się wokół Artura. Film nakręcono na podstawie jakiegoś czytadła włoskiego autora, który postanowił wylać na papier swoje żale na temat tego, że wszyscy zapominają o jego ukochanym Rzymie, a podniecają się jakimś czopkiem z Brytanii. No więc połączył oba wątki i tak już jakoś poszło.

Cesarstwo upada. W ciągu pięciu lat zginęło pięciu cesarzy, a z ich linii pozostał już tylko jeden młodzik, któremu jeszcze nawet łonowce nie zdążyły wyrosnąć. Zostaje koronowany na cesarza akurat w momencie, w którym Odoaker zostaje sprowokowany do najazdu na Rzym. Jego familia ginie, większość gwardii zostaje wybita, a on sam trafia do niewoli. I tu zaczyna się cała bajka, która przyznam, naprawdę mnie wciągnęła. Są barbarzyńcy, jest zaginiony dziewiąty legion, są posłowie z Bizancjum… ba! Jest nawet miecz władców, należący niegdyś do samego Juliusza Cezara!

Efektów specjalnych w filmie jest niewiele, co uważam za wielki plus – te które się pojawiają nie robią jakiegoś wielkiego wrażenia. Za to całość dało się nakręcić z cudną scenografią, niezłymi strojami i równie dobrymi zdjęciami, co uważam za szczególne osiągnięcie przy małym nakładzie na FX. W filmie nie znajdziecie też gwiazd pierwszej jasności (chyba że kina indyjskiego), ale większość twarzy rozpoznacie. Gra aktorska dzięki „przyziemności” bohaterów podobała mi się chyba najbardziej: nawet w najgorszych momentach był czas na robienie głupich min i humorystyczne elementy, dzięki czemu z naprawdę mrocznej historii dało się zrobić wesołą historyjkę o tym, jak to „naprawdę” było.

I to wszystko. Nie ma co się rozwodzić nad spoilerami, czy przesłaniem, bo i tak wszyscy już wszystko wiedzą nawet przy tak drobnej zdradzie fabuły. Dla mnie już sam widok okładki i opis filmu wskazał co pójdzie jak i w jaki sposób się skończy, ale film i tak oglądało mi się z przyjemnością. Jest lekki, wesoły, ma militarny pazur, więc czego jeszcze chcieć?
Na wolny wieczór jak znalazł. Po prostu polecam!

produkcja: Francja, Słowacja, Tunezja, Wielka Brytania, Włochy (2007)
reżyseria: Doug Lefler
scenariusz: Jez Butterworth, Tom Butterworth

Filmy ,

Strona główna » Filmy » Ostatni Legion – recenzja filmu

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków