Fido – recenzja filmu

2 grudnia 2012 dodał Karol

Nie wiem w co nie wierzę bardziej: w to, że obejrzałem ten film, w to że go w ogóle nakręcono, czy w to, że mi się spodobał. Wciąż jestem w szoku, ale może zacznę po kolei.

„Fido” to film mieszający konwencje. Z jednej strony sprawa jest prosta: to film o zombie. Z drugiej strony wszystko osadzone jest w słodko-pierdzącym klimacie USA z lat ‘60tych i wszechobecnej sielanki, skautów, małych miasteczek, kolorowych aut i dziewuszek w stylu Pin-Up. Zapytacie może „Co w tym dziwnego?! Toż to aż się prosi być zagryzionym przez Zombie!”. Nic z tego – film jest właśnie taką przesłodzoną historyjką familijną z Zombie w tle.
Tak, dobrze myślicie – to jest totalny mindfuck!

Wszystko zaczęło się niewinnie. Pamiętacie filmiki instruktażowe z Fallout’a? Dokładnie w takim klimacie, na lekcji poglądowej w szkole poznajemy przyspieszoną historię świata. Otóż ziemię przysypał jakiś kosmiczny pył, który nagle zaczął sprawiać, że każdy kto umarł wstawał i ruszał po wyżerkę. Rozpoczęła się ogólnoświatowa wojna z zombie, która na szczęście skończyła się jako-takim zwycięstwem ludzkości. Oczywiście po dzikich terenach nadal biegają krwiożerczy nieumarli, ale w małych, zamkniętych enklawach ludzkości toczy się zwyczajna, sielankowa egzystencja małych miasteczek.

Cała sielanka to efekt prostego wynalazku: pewnego dnia naukowiec, dzięki któremu udało się nie tylko „wygrać” wojnę, ale i niemalże odbudować cywilizację, skonstruował pomysłową obrożę, sprawiającą że stawały się one potulnymi zwierzątkami wykonującymi nawet najdurniejsze polecenia (chociaż może nie najbardziej precyzyjnie). W ten oto sposób ludzkie osady dorobiły się taniej siły roboczej, przy której Meksykanie w USA czy Polacy w Wielkiej Brytanii wydają się bandą amatorów w tym zakresie.

W takich oto okolicznościach poznajemy rodzinkę głównych bohaterów, czyli małego chłopca, z którym nikt się nie chce bawić, jego mamusię, dla której zdanie sąsiadów to świętość i tatuśka, który nigdy nie ma czasu dla rodziny, bo musi grać w golfa. Tatuś panicznie boi się zombie (bo kiedyś musiał osobiście dekapitować własnego ojca), a mamusia uparła się na służbę… oczywiście w gustownej obróżce!

I to cała wizja świata przedstawionego w filmie. „Warm bodies” na które niektórzy tak niecierpliwie czekają, z oryginalnością spóźniło się o 7 lat i jest jedynie przeróbką starego pomysłu z „Fido” na „zmierzchowe” romansidło. Dlaczego? Bo cała zabawa w tym filmie rozkręca się w oparciu o oś nawiązującej się relacji między małym chłopcem, a jego prywatnym zombie. Jeśli wydaje Ci się to niesamowicie pokręcone, to masz rację, bo jest. Całość przedstawia się dość moralizatorsko, akcja jakoś nie porywa, ale pojedyncze smaczki z których składa się cały film tworzą naprawdę oryginalne i dobrze przyprawione (choć mocno przesłodzone) danie. Co z tego, skoro właśnie kaloryczne i niemal mdłe miało być?

Nie jest to arcydzieło, nie jest to też film, który da się obejrzeć z każdym. Mnie na przykład filmy o zombie mocno dołują i uciskają na żołądek (ten również), ale jeśli jesteś fanem tego klimatu, to musisz go obejrzeć. Nie będzie w nim rzezi, efektów specjalnych, wybuchów, flaków i całej reszty tego syfu, które się z filmami o zombie kojarzą. Nie będzie nawet survivalu, który w tej konwencji wydawał się zawsze niezbędny. Będzie po prostu cukierkowa historia, zmącona czasem śladem zębów.

Nie chcesz chyba być wielkim fanem zombie, który nie widział czegoś takiego?

produkcja: Kanada (2006)
reżyseria: Andrew Currie
scenariusz: Robert Chomiak, Andrew Currie
czas: 91 minut

Filmy ,

Strona główna » Filmy » Fido – recenzja filmu

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków