Graham McNeill „Młotodzierżca” – recenzja

12 listopada 2012 dodał Karol

Sigmar – człowiek, który się orkom nie kłaniał. Superheros, który zbudował potężne Imperium szybciej niż mógł zapuścić brodę. Przyszły bóg, tym razem pod postacią człowieka i młodego wodza. Ta właśnie postać stała się tematem przewodnim „Młotodzierżcy” – pierwszej części „Legendy Sigmara” z serii „Czas Legend” Czarnej Biblioteki.
Tym razem stwierdziłem, że nie będę wywarzał drzwi otwartych na oścież, więc przeczytałem kilka internetowych recenzji tej pozycji na kilku większych portalach (słownie: trzech). Wniosek jaki z tego wyciągnąłem jest dla mnie prosty: albo czytaliśmy różne książki, albo powinienem dostawać darmowe egzemplarze żeby silić się na pochlebstwa…

Na pewno nie zamierzam spuszczać się nad okładką – mimo że w wymienionych recenzjach „idealnie oddaje klimat książki” i w ogóle jest wspaniała, dla mnie jest zwykłym kolażem z kilku szkiców, paru zdjęć i kiepskiej jakości renderów – GW od lat stać było na lepsze i nie wiem czemu zadowolili się czymś takim. Bardzo mi przykro, ale coś co może przejść w jakimś lokalnym wydawnictwie w firmie o takim zasięgu raczej nie powinno mieć miejsca.
Dalej trafiamy na mapkę, którą w recenzjach również wymieniano i uznano za fajny dodatek. Ja to rozwinę i powiem więcej: gdyby nie ona nie miałbym zielonego pojęcia o czym czytam! Pozmieniane wszystkie nazwy, plemiona o których istnieniu nie miałem pojęcia, kierunki świata które mi się zupełnie nie zgadzały – gdyby nie mapka miałbym pewnie problem z określeniem czy Reik nie płynie przypadkiem od morza w kierunku gór! I mówię to bez nadmiaru ironii.

Ale do rzeczy, do treści! Książka podzielona jest na trzy części, obejmujące sobą raptem kilka lat z życia naszego bohatera. „Wykuwanie człowieka”, „Wykuwanie króla” i „Wykuwanie legendy” nie bez powodu mają kowalskie odnośniki. Wszystkie trzy opowiadają o konkretnych etapach formowania unii plemiennych na terenach znanego wszystkim Imperium, wszystkie trzy zawierają również porównywalną ilość literówek i błędów rzeczowych (uwierzycie, że w jednym akapicie Sigmar może trzymać w ręku młot, a w następnym nazywany jest już jego toporem?).

Ogólnie pierwszym co mnie zawiodło była nadmierna inspiracja autora legendami arturiańskimi. Od ręki widać, że autor pochodzi z krajów anglosaskich, bo tylko ktoś taki w historii kraju od lat wzorowanego na późnośredniowieczne Niemcy może zawrzeć opisy plemion zamieszkujących onegdaj Wyspy Brytyjskie. Bo to przecież naturalne, że daleko na południu będzie kwitła kultura, sztuka i handel, a daleko na północy będą biegali kolesie w spódniczkach. Oczywiście nie mogło też zabraknąć pseudopiktyjskich babeczek z gołymi cyckami, które na rydwanach gnają po dzikich ostępach i całej reszty tałatajstwa pasującej tam jak pięść do nosa. Ale pal sześć, nie czytamy książki historycznej, autor mógł się przecież wzorować na czym chciał, prawda? Prawda! Tylko mu jakoś bucowato wyszło.

Za młodu Sigmar jest zwyczajnym (jak na księcia najsilniejszego plemienia w okolicy) wojownikiem, który zdobywa swoje doświadczenia w boju i próbuje żyć jak człowiek. Ogólnie sprowadza się to do mordowania, chędożenia, picia piwa i planowania kolejnych wypraw. Jedyne co się w międzyczasie zmienia to ilość kolegów wokół niego i coraz lepsze opancerzenie. Oczywiście robi się przy tym coraz bardziej szlachetny (czytaj: mniej pije i mniej chędoży, ale więcej zabija), a jaki będzie tego efekt to na pewno sami wiecie. Kumpli Sigmara przedstawiać nie będę, bo to bez sensu, a jedyne co musicie wiedzieć to fakt, że wszystkie wydarzenia przez najbliższe 25 wieków będą związane właśnie z tymi ludźmi, niezależnie od tego co uda się komu napisać w następnych tomach. Zajechało 40stką po całości!

Sigmar żyje jednak w świecie bogów i magii, czyli w jego świecie nie zawsze dzieje się to, czego mógłby się spodziewać. A to ktoś mu kogoś błyskawicą trzaśnie, a to ktoś świetnie przyszłość przepowiada, a to ktoś z Khemrii się przewinie, a to znów się z Chaosem zapozna i królestwem umarłych… Ba! Dla budowania fabuły może dać się nawet wypluć Ulrykowi! Bo czemu by nie? Do wyboru – do koloru!
Raz ma to klimat, raz jest naciągane. Mnie przez całą książkę nie opuszczało wrażenie, że wszystko co się z Sigmarem działo to wysublimowany dowcip Tzeentch’a. Z drugiej strony, gdy dochodziło do opisów przedmiotów, można było odnieść wrażenie, że te wszystkie przepychanki między ludźmi a orkami, to zawody dawno zapomnianych mistrzów run tych dobrych i tych złych krasnoludów, którzy już z braku własnych sił biją się na niższe rasy. Tam gdzie nie da się skorzystać z magii, tam wystarczy kogoś technologicznie uposażyć, a reszta idzie z górki.

Właśnie! Technologia! Coś o czym mało bym nie zapomniał. Otóż pod rządami Sigmara ludzkości w sferze militarnej i rzemieślniczej udało się w ciągu 10 lat osiągnąć skok technologiczny, przymierzając naszymi nazwami: od wczesnej epoki brązu, po rozkwit średniowiecza. Oczywiście wszystko pod wpływem krasnoludów i przy pomocy samego Alaryka, ale od razu zrodziło mi się w głowie pytanie: to co oni robili przez następne 2500 lat, skoro jedyne co udało im się rozwinąć to zamek skałkowy i prymitywne maszyny parowe, których budowy próbowały ich nauczyć dziesiątki krasnoludzkich inżynierów?!

„Dzieło” kończy się wreszcie zjednoczeniem większości plemion (Norsowie dostali po czapce, Bretonowie znaleźli własną drogę, a Jutonowie jako przyszli piraci proszą się o manto w kolejnym tomie), ale nie zamierzam zdradzać jak i po co. Za to chętnie odniosę się do zakończenia, czyli bitwy w Przełęczy Czarnego Ognia – jednego z najważniejszych wydarzeń w historii warhammer’owej ludzkości. O dziwo całość napisana jest naprawdę dynamicznie, z polotem i dość zaskakująco. Wszystkie działania na polu walki są mięsiste, a ludzie bynajmniej nie opierają się na działaniach defensywnych. Za to jestem zawiedziony udziałem krasnoludów. Całość została przedstawiona tak, jakby brał w niej udział jeden ich oddział, do tego jakiś taki mało wyróżniający się (mimo że z królem w szeregach). Heroizmu w opisach walk głównego bohatera było aż nadto, z drugiej strony raziło mnie jedno: gdzie do cholery były krasnoludzkie machiny bojowe? Chociaż jedna katapulta?! Czy wyobrażając sobie jak znikome siły unii obu ras powstrzymują niezliczone hordy zielonoskórych w wąskim przesmyku górskim wyobrażaliście sobie, że to banda brutalnych dzikusów będzie używać katapult przeciw technologicznemu sojuszowi, zamiast na odwrót? Poczułem się tu mocno zawiedziony.

Jeśli chcecie uzupełnić sobie resztę zdania na temat fabuły, to po prostu sięgnijcie po książkę. To nie jest tak, że zupełnie ssała i nie nadaje się do czytania. Jestem nią zawiedziony, bo naprawdę spodziewałem się fajerwerków, a dostałem coś napisanego tak nierówno, że można dostać rozszczepienia. Po scenach pobudzających synapsy i budzących chęć na więcej, przychodziły nudne dłużyzny, przy których można było zasnąć i nie mieć ochoty na pobudkę. Z powodów literówek w tłumaczeniu niektóre zdania musiałem czytać po dwa razy, by wyłapać ich sens. Przez większość książki miałem wrażenie wtórności i z wyprzedzeniem wielu stron i tak wiedziałem co się w niej wydarzy.
A mimo to przeczytałem, zamiast rzucić ją w kąt czy zostawić w pociągu. Coś jednak musiało w niej być, tyle że utnijcie mi na nowo brodę, ale nie mam pojęcia co…

Książki , , ,

Strona główna » Książki » Graham McNeill „Młotodzierżca” – recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków