Bruno Lee „Szczurołap” – recenzja

20 listopada 2012 dodał Karol

Kolejna książka z Czarnej Biblioteki za mną. Skoro to czytasz, to najprawdopodobniej albo polubiłeś (polubiłaś?) moje „jeżdżenie” po pozycjach z tej serii wydawniczej, albo zastanawiasz się nad przeczytaniem tej książki i nie wiesz czy warto. W pierwszym przypadku Ci nie pomogę: „Szczurołap” tak bardzo przypadł mi do gustu, że jak wygłodniały skaven pożarłem go w jedno popołudnie. W drugim, już chyba znasz moją odpowiedź.

Żeby podkreślić powagę sytuacji, zacznę od tematycznej dygresji osobistej. Otóż kiedyś tak się w moim życiu poplątało, że do chwili obecnej pomieszkuję z osobą, która zawodowo zajmuję się literaturą brytyjską. Osoba ta, mimo że niemal z obowiązku czytać musi dzieła, które nie zawsze trącają artyzmem, na próby przekonania do przeczytania czegokolwiek z Czarnej Biblioteki złośliwie się uśmiecha przypominając mi o zmywaniu naczyń czy wynoszeniu śmieci. I o ile do niedawna podzielałem to niewyrażane wprost zdanie o ich poziomie literackim, o tyle z powodu „Szczurołapa” chętnie nawet chwycę za odkurzacz, bo przywrócił moją wiarę w książki ze świata Warhammer’a.

Choć odkładałem zabranie się za ten tytuł stanowczo za długo, już po pierwszym rozdziale wiedziałem, że to coś dla mnie. Cóż więc zawiera fabuła, która urzekła mnie tak bardzo, że nie szydzę z niej od samego początku? To historia Heiko Geissner’a, obdarzonego analitycznym umysłem doradcy księcia-elektora Stirlandu, któremu powierzone zostaje pewne delikatne śledztwo. Otóż z zaściankowej stolicy niegdyś bogatej prowincji, ktoś postanowił zakosić muzealny egzemplarz krasnoludzkiego żyrokoptera. Akcja rozpędza się powoli, jak na książkę udającą kryminał przystało, lecz nieodmiennie prowadzi naszego śledczego w jednym, znanym czytelnikowi od początku kierunku: szczuroludziom.

Dlaczego znanym od początku? Bo już na wstępie poznajemy barwny opis wszystkich szczegółów włamania, będąc o krok przed naszym detektywem. Dzięki temu nie musimy przez całą książkę udawać, że zgadujemy coś, co już wiemy od dawna, a możemy poświęcić się zwykłemu obserwowaniu fabuły i odkrywaniu kolejnych jej tajemnic. A co dalej?

Niejeden fan Starego Świata zastanawiał się pewnie przynajmniej raz w życiu, dlaczego w Imperium Skavenów postrzega się jako legendę, mimo że nie raz dali się już ludziom we znaki. Ta książka rozwiewa wątpliwości w tej kwestii. Wszystkie. Do tego aż zieje od niej starym „młotkiem”. Traficie w niej na imię Solkana, usłyszycie o losach Mordheim, poznacie baśń o szczurołapie, a wszystko to w pełnej dynamiki i akcji fabule, która ze strony na stronę się rozkręca, by ani przez chwilę nie zwolnić. Efekt ten po części został osiągnięty przez narastanie wątków splatanych dopiero pod koniec książki (a nie ich liniowym łańcuchu jak w dotychczas poznanych przeze mnie pozycjach), a po części po prostym manewrze narracyjnym polegającym na opisywaniu tych samych wydarzeń z różnych punktów widzenia. W przypadku opisywania chaotycznych potyczek – bezcenne!

Całość fabuły opiera się o dwie potężne podstawy: technologię i magię. Opisy czarów wymawianych w językach dawnych Slaanów zupełnie nie przeszkadzają używaniu słów typu „fizyka”, „balast” czy „inżynieria”. Jak widać można! Zwłaszcza, że zarówno ludzie, skaveny jak i krasnoludy, mogą się nimi w tej książce pochwalić. Przedziwne machiny, substancje, czy nawet eksperymenty z żywą tkanką opisane są równie realistycznie, co kontrolowanie potężnych wiatrów magii czy zamykanie ich w przedmiotach.

Fabuła rozkręcana z małego śledztwa przybiera w końcu taki rozmach, że nawet osławiony James Bond by się nie powstydził. Od drobnych spisków, przez stare legendy, po wielkie intrygi szczurzych władców i wizytę w Karak Kadrin, ze świecą w ręku szukać nieścisłości, czy chociaż naciąganych motywacji bohaterów. To wszystko żyje, rozwija się, ma logiczne podłoże i przyciąga jak magnes. Postacie z krwi i kości nie zachowują się jak zaprogramowane roboty, a i całe społeczności kierują się przerażająco logicznymi pobudkami. Nawet gdy już byłem bliski uznania wyższości szczurzej rasy nad wszystkimi innymi w tym uniwersum, poznałem nowe oblicze krasnoludów zasmuconych stratami w wojnie z Archaonem. Malakai Makaisson, który także zawitał na strony tej powieści po prostu ujął mnie za serce, mimo że przez cały czas gadał jak pijany ślązak. Jak na mój gust osławiony Gotrek wcale nie musi być najfajniejszym Zabójcą w Starym Świecie, a obiektywnie nie oceni tego nikt, kto nie przeczytał „Szczurołapa”!

Na koniec zostaje mi tylko garść przemyśleń, co do staroświatowej sytuacji geopolitycznej. Nie dość, że akcja wreszcie przybrała obrót jak w steampunkowych powieściach (bo przy tej technologii wreszcie powinna!), to jeszcze przedstawiła mi kolejne światło na przewidywany kurs ludzkości.
O ile wcześniejsze książki sugerowały nadchodzący powoli obraz apokalipsy, po której ludzi zastąpią tylko dzikie bestie lub nieumarli, a wszędzie skończą się już nawet ofiary do zabijania, „Szczurołap” wyrysował mi inną wizję. Otóż ludzkość ma następców, którzy chętnie i skutecznie zajmą ich miejsce. Nazywane tchórzliwymi istoty, tak naprawdę pod wieloma względami przerastają ludzi logiką i sprytem w działaniu. Przy okazji wcale nie muszą zalewać ich morzem wojowników i kolejnymi zapowiedziami apokalipsy – po prostu wystarczy, że będą czekać i korzystać z okazji… Tak „po ludzku”.

Polecam!

Książki , , ,

Strona główna » Książki » Bruno Lee „Szczurołap” – recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków