Wypluwki #2 – O losowości w grach

2 października 2012 dodał Karol


Lucas van Leyden „Gracze w karty” (fragment) początek XVIw.

Jakiś czas temu przyszło mi poświęcić jeden z letnich weekendów na szkolenie w zakresie terapii patologicznego hazardu. Lata skupiania się na grach, przyglądania mechanice, poszukiwania ciekawych zastosowań w edukacji czy szkoleniach, aż tu nagle przyjrzenie się mrocznej stronie zjawiska. Szkolenie szkoleniem, wiedza wiedzą, ale w głowie na dłuższy czas utknęła mi jedna z myśli rozbijająca się o faktyczną losowość czy przewidywalność gier.

O ile w przypadku gier hazardowych od początku do końca wiadomo, że ich wynik to kwestia czystego losu, a większość z „systemów” to podstawowe złudzenia hazardzisty wbijające go w coraz większe bagno, o tyle w przypadku większości „nowych” gier planszowych (i nie tylko) sprawa przedstawia się zupełnie inaczej.
W hazardzie wszystko wydaje się jasne: mamy określone szanse powodzenia, mamy określoną wysokość nagrody gdy uda nam się spełnić podane warunki, a całość „zabawy” rozbija się o to, czy jesteśmy gotowi na podjęcie tego ryzyka czy nie. Nie ważne jak się by się nie starać, bez jawnego oszukiwania wpływ na wynik gry pozostaje zerowy, niezależnie od tego jako doświadczenie w grze posiadasz.

Po drugiej stronie postawić możemy takie na przykład szachy, gdzie z czasem nabywasz odpowiednie umiejętności rozgrywki, możesz analizować podejmowane decyzje, planować je, unikać błędów, a los partii zawsze pozostaje w rękach gracza. Ale czy na pewno? Czy stuprocentowy wpływ gracza i jego umiejętności na wynik rozgrywki nie jest przypadkiem podobnym złudzeniem, co analizowanie wcześniej losowanych liczb w Totolotku? O ile postawimy dobrego gracza do partyjki z graczem niedoświadczonym, łatwo nam będzie przewidzieć zwycięzcę. Jednak gdy trafimy na dwóch graczy o porównywalnych umiejętnościach, to czy faktycznie wciąż wygrywać będzie lepszy, czy na całość zaczną mieć wpływ czynniki losowe, które nie zawsze rzucają się w oczy przy analizowaniu mechaniki gry? W końcu każdy z dwóch graczy ma wpływ tylko na swoje ruchy, a póki gra trwa wszystko może się wydarzyć.

O ile tę argumentację spokojnie można podważyć, o tyle staje się ona dobrym punktem wyjścia do analizowania gier, które automatycznie biorą pod uwagę czynniki losowe. Niemal na każdym portalu dotyczącym gier towarzyskich na jaki trafiam, w trakcie ich oceny poznamy próbę oszacowania ich losowości (zwykle w skali ocen nie mających nic wspólnego z matematycznym wyznacznikiem).
We mnie rodzą się wtedy pytania o podstawę tej oceny. Gdy gra bierze pod uwagę kostki, to jest ona mniej czy bardziej losowa niż ta, w której używa się tylko kart? Czy doświadczony gracz miażdży w nich początkujących dlatego, że jest lepszym graczem, czy po prostu dlatego że lepiej zna zasady? Gdy w grze używane są i kostki, i karty, i czynniki zewnętrzne związane na przykład z ilością graczy, to czy faktycznie kluczowe stają się umiejętności, czy całość opiera się już bardziej o złudzenie hazardzisty? Po ilu rozgrywkach gracze się zorientują, że może to wynikać z mało zbalansowanej mechaniki?

Tutaj odpowiedź pewnie różnić się będzie w zależności od gier i samych graczy. W wielu przypadkach okaże się pewnie, że ilość zwycięstw danego gracza zależy bardziej od gotowości do podejmowania określonego ryzyka (prowadzących do spektakularnych zwycięstw lub spektakularnych porażek), albo odpowiedniego dostosowania do typu rozgrywki innych graczy (niekoniecznie zamierzonego- układając własne talie czy rozpiski nie wiemy przecież, jak układają je przeciwnicy). Czy może jak w grach hazardowych zwycięstwo częściej uśmiechać się będzie do zwykłych szulerów? (tak, zgadliście, to pytanie to perfidna prowokacja)

Wywód długi, wyraźnych wniosków brak, a ukryty sens tego miałkiego rozważania zostawiłem sobie na deser. Sformułować go można najprościej w pytaniu: kto i kiedy ustalił, że im mniejszy czynnik losowy w grze tym lepiej?! Nie dość że szacowany jest w sposób dalece subiektywny, to jeszcze buduje nastawienie graczy do gier i siebie samych. W końcu jak przegrywam w kości to jestem zwykłym pechowcem, ale jak już przegrywam w szachy, to jestem „debilem”. A gdy gram w szachy z kostkami (jak bitewniaki na przykład) to pewnie wygrałem bo jestem geniuszem, a przegrałem bo miałem pecha (i odwrotnie: przegrał bo jest debilem, a wygrał bo miał fuksa). Błędy atrybucji to wszak nasza cecha gatunkowa.
Skoro wymuszanie na nas intelektualnego wysiłku sprawia, że dana gra jest lepsza, to dlaczego na całym świecie ludzie przepuszczają przez palce grube majątki grając w pokera, ruletkę czy blackjacka, a nie w warcaby albo szachy? Przecież wystarczyłoby trenować! Dlaczego bardziej kuszący na licealną imprezę wydaje się monopol albo makao, niż bezkostkowe, strategiczne planszówki?

Odpowiedzi jest tyle, że ciężko się przez nie przebijać i po kolei wymieniać, bo na pewno nazbierałoby się tego na dwie kolejne Wypluwki. Na szczęście każdy ma swoje własne preferencje w tej materii i nie zamierzam się nikomu w nie z butami ładować. Życie nie jest w końcu ani czysto racjonalne jak szachy, ani czysto losowe jak ruletka. A grać jakoś trzeba!
I oby z połączenia obu tych opcji wynikały nam jak najlepsze rozgrywki.
Miłych rozmyślań nad Waszym podejściem do tematu!

Wypluwki

Strona główna » Wypluwki » Wypluwki #2 – O losowości w grach

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków