Wilkołak: Bestia wśród nas – recenzja filmu

27 października 2012 dodał Karol

Postać wilkołaka, jako człowieka który pod wpływem pełni księżyca nie do końca potrafi okiełznać swoje zwierzęce, mordercze instynkty, została już tak dokładnie obrobiona przez kulturę z każdej strony, że ciężko już wykrzesać z niej więcej. Pomijając ich historię w literaturze i skupiając się na samym filmie, kochane pieski przyjęły już chyba każdą z możliwych (i najczęściej kiczowatych) ról. Sklasyfikować je można w kilku kategoriach. W kwestii relacji do innych ożywieńców, były już wilkołaki służące wampirom, były już z wampirami walczące i były już nawet takie zakochane w tej samej lasce co nastoletni wampir (smutne, ale niestety ktoś na to wpadł). W relacjach z ludźmi było już trochę łatwiej, bo albo biegały po różnych miejscach mordując ich całe zastępy, albo świetnie grały w koszykówkę i brylowały wśród młodzieży. Jedyne co naprawdę różniło produkcje o wilkołakach, to wygląd ich postaci i data wydania. Tak właśnie: sugeruję że filmy o nich najczęściej są wtórne i nie wnoszą zbyt wiele do gatunku, o którym już chyba powiedziano wszystko. Żeby było jeszcze śmieszniej: jeśli gdzieś pojawia się księżycolubny piesek, to najprawdopodobniej film zostanie zaklasyfikowany do horroru, nawet jeśli będzie komedią romantyczną.

Pisze o tym głównie dlatego, że we wspomnianym filmie nie da się uniknąć porównań do wcześniejszych produkcji. Może nie od razu do „Nastoletniego wilkołaka” (oczywiście filmu z 1985, bo do współczesnego serialu pewnie mu już bliżej), ale cały ten natłok dzieł w temacie po prostu odbiera poczucie oryginalności filmowi, który gdyby nie poprzednicy mógłby być o wiele ciekawszy.
Byłbym jednak strasznie niesprawiedliwy, gdybym „Bestię wśród nas” nazwał filmem, który nie wnosi nic nowego. Na ile można było jeszcze być oryginalnym, na tyle sobie na to pozwolono.

Co takiego ciekawego da nam jego obejrzenie? Myślę, że główną i najlepszą odpowiedzią będzie: dystans. Do tego typu produkcji, ale i samych wilkołaków. Zwykle przedstawiano je jako bezmyślne, niekontrolujące swych zachowań bestie (większość filmów), jedynie czasem skupiając się na ich świadomych, aczkolwiek nadal destruktywnych i brutalnych zachowaniach („Underworld”, „Dog Soldiers”). Może „Krew jak czekolada” próbowała to pokazać inaczej, ale pozwólcie że nie będę się w zagłębiał w bajki dla dziewczynek.

W najnowszym „Wilkołaku” zmieniono trochę konwencję. Po pierwsze ładnie wypaczono realia. Niby nasz świat, niby dawne czasy, ale jednak: łowcy biegają z winchesterami, rewolwerami, miotaczami ognia i własnej produkcji zabawkami, których w Europie połowy XIX wieku (na taką, jeśli nie wcześniejszą, wygląda stylizacja miast i strojów) ze świecą szukać. Dzięki temu film zamienia się w całkiem sprytną i efektowną produkcję, ocierającą się o klimaty steampunku. Z jednej strony będziemy widzieć strzelców w traperskich czapkach (we wsparciu kolesi w rosyjskich uszankach!), z drugiej chirurga w garniturku czy laskę w skórzanej „zbroi”. Nie doszukuje się oczywiście żadnej prawdy historycznej czy odwzorowywania realiów w filmie fantasy: po prostu stwierdzam fakt, który świetnie dokłada smaczku całości. Jak nie będziecie wiedzieć czy warto oglądać film, zróbcie to chociaż dla konia, którego „konwersja” jest warta tych 90 minut.

Co jeszcze ukrywa się w fabule? Od pierwszej sceny filmu to samo, głośne, trochę freudowskie przesłanie, że Bestia kryje się w każdym z nas. Gdy pozwolimy jej się uwolnić możne narobić takiego syfu, że sąsiedzi chwycą za widły. Z drugiej strony, za każdym razem gdy się w nas obudzi, może zasugerować innym, że też mogą sobie na to pozwolić, przez co ich również pozamieniać w bestie. Jak dla mnie nawet trzyma się kupy. Mimo to siła bestii i jej możliwości wydają się dla wielu naprawdę kuszące, rodzi się więc pytanie: czy dałoby się zrobić tak, by móc ją czasem kontrolować? By samemu umieć ją przebudzić i samemu uciszyć? Wiem, że pytanie jak z „Hulka”, ale mniej więcej o to rozbija się fabuła filmu.

Czego jeszcze się w nim spodziewać? Będą flaki – tego się uniknąć nie da. Na szczęście nie będą one jakoś szczególnie rażące ludzi o słabych żołądkach. Same wilkołaki jakoś urodą nie grzeszą i widywałem lepsze. W wiosce pomieszkuje całkiem sympatyczny lekarz wraz z pomocnikiem i na pewno przypadną Wam oni do gustu. Cyganie są fajni, ale taka już ich rola w filmach, w których pojawiają się mroczne moce bestii wszelakich. Drużyna łowców to również naprawdę klimatyczna zbieranina, a zachowuje się jak oryginalna banda RPGowców – nie dość że znają się na rzeczy, to jeszcze potrafią dostosowywać się do zmieniających się warunków, co realnie czyni ich jeszcze ciekawszymi. No i ich wynalazki! Wspomniany konik to jedno, ale piętrowe balisty i miotacze ognia też są zachęcające.

Podsumowując – nie oszukujmy się: film arcydziełem nie jest i w kanonie się pewnie nie zapisze. Biorąc jednak pod uwagę, że ostatnio żaden z filmów o wilkołakach nie dał rady tego zrobić, myślę że ten można na odmóżdżający wieczór polecić. I to mimo że nie ma w nim cycków… Jeśli masz możliwość i lubisz wilkołaki: obejrzyj!

Filmy ,

Strona główna » Filmy » Wilkołak: Bestia wśród nas – recenzja filmu

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków