Richard Lee Byers „Wewnętrzny wróg” – recenzja

22 października 2012 dodał Karol

No nareszcie! Długo czekałem, lecz wreszcie się stało: trafiłem na książkę z Czarnej Biblioteki nie opisującą żadnej wielkiej bitwy! I co z tego? A no to, że wreszcie autor skupić się musiał na mrocznej intrydze, a nie chwalebnej metodzie jej rozwiązywania.

Zbieżność tytułów ze znaną kampanią do WFRP nie jest przypadkowa: tam zagłębialiśmy się w działania kultu Purpurowej Dłoni, chcącego przejąć władzę w Altdorfie, tutaj trafiamy na konkurencyjną wobec niego grupę Czerwonej Korony. Dieter, mag Kolegium Niebios, zostaje złapany przez pewnego łowcę czarownic i trafia pod przysłowiową ścianę. Okazuje się, że łowca potrzebuje maga mającego zinfiltrować szeregi jednego z altdorfskich kultów Tzeentcha, a Dieter nadaje się według niego do tej roboty jak znalazł. Jako że nikt normalny by się na coś takiego nie zgodził, łowca w ramach „motywacji” przedstawia magowi spreparowane dowody na rzekome praktykowanie przez niego mrocznych sztuk.

Cóż poradzić? Dieter, mimo iż przekonany o własnej niewinności, niewiele jest w stanie zrobić. Co znaczy słowo maga bez alibi, przeciw słowu łowcy czarownic z „dowodami”? Nie mając innego wyjścia, Dieter wyrusza do Altdorfu, gdzie zaczyna się jego przygoda z Chaosem.

Choć książka fabularnie wygląda trochę jak preludium do osławionej kampanii WFRP, ma z nią na tyle niewiele wspólnego, że ani znajomość kampanii nie popsuje Wam książki, ani znajomość książki nie ma szans posuć Wam kampanii (jeśli jeszcze jej nie znacie). Całość czyta się składnie, sympatycznie i w miarę szybko. Mimo iż na stronach książki nie czułem jakoś szczególnie wielkości, tłoku i smrodliwego klimatu Altdorfu, daje się z niej niewątpliwie poznać schematy działania kultów Chaosu w samym mieście. O dziwo nie są to ani sami naiwniacy, którzy nie wiedzą co czynią, ani sami wariaci, którzy są już tak szaleni i zmutowani, że nikt nie wie nawet dlaczego przypominają jeszcze ludzi. Są to przedstawiciele obu grup, a co najważniejsze i najciekawsze: większość bohaterów ciężko w ogóle zakwalifikować do którejkolwiek z nich. Mimo iż postacie w książce nadal są rysowane dość topornie, to większość z nich nie jest czarno-biała, przeżywa masę wewnętrznych rozterek i każda ma jakąś motywację do robienia właśnie tego, co robi. Może nie wzbudzają od razu sympatii, ale nie tworzą też poczucia bycia „złymi do szpiku kości”. Oczywiście mógłbym się doczepić pewnej metody przedstawiania rytuałów, które od pierwszego kontaktu są odrażające dla rekrutów (zamiast subtelnie mamić nieświadome sługi), ale widać nie taki był zamysł autora.

Czego mi w Altdorfie zabrakło? Poczucia „zwiedzania” dużego miasta, będącego bądź co bądź siedzibą Kolegium Magii, centrum militarnym, politycznym i religijnym Imperium. Miałem wręcz czasem wrażenie, jakby cała książka toczyła się na śmiesznej prowincji, na której jeden oddziałek straży miejskiej nie jest w stanie poradzić sobie z kilkoma rozrabiakami. Może takie było założenie autora i stąd miało wynikać wrażenie „głębokiego podziemia” w jakim działają kulty, ale ja Was proszę: czytaliście kiedyś książkę szpiegowską czy kryminał w wielkim mieście, a przez nią całą przewinęła się tylko jedna wzmianka o jakimś znanym miejscu? Tutaj raz napisano o Kolegium, którego dachy nasz bohater widział na tle nieba wspominając swoje na nim studia.

Sam kult Czerwonej Korony przedstawiony został dość plastycznie i przekonująco. Cała hierarchia, motywacje jego członków, a nawet metody działania, okazały się zaskakująco oryginalne i całkiem logiczne. Nie dość że dbał w wewnętrzną spójność i bezpieczeństwo, to również o źródła informacji, a nawet pozyskiwanie nowych członków ciekawymi metodami. Jeśli zawsze zastanawiało Cię, jak by to mogło działać, to tym razem możesz się dowiedzieć. To samo w kwestii magii, której plecenie przez głównego bohatera zobrazowane zostało bardzo przejrzyście i nawet intrygująco. Mieszanie czarów, łączenie ich i odwracanie – wszystko bardzo mi się podobało, mimo że nie jestem wielkim fanem takich fajerwerków. Jak na mój gust trochę w książce za dużo osób znających się na tej sztuce, ale to już kwestia indywidualnych preferencji.

Czy warto coś do tego dodawać? Myślę, że nie ma potrzeby. Kto zechce przeczyta, kto nie, to nie. Zachęcam wszystkich chcących zapoznać się z działaniami mrocznych kultów i nie mających nic przeciwko drobnym literówkom, czy czasem lekko rwącej się akcji. Jeśli przy okazji masz już dość wielkich bitew, warto do niej zajrzeć po coś nowego.
Uważajcie tylko, by nie ulec przy tym woli Tego Który Zmienia Drogi! Sigmar nigdy nie wybacza! Prawda?

P.S. Tak. Spaczeniowa siła tej serii wydawniczej już mnie dosięgła. Recenzja jest stosunkowo pozytywna, ale nadal warto zastrzec, że jeśli nie jesteś fanem świata Warhammer’a, to książka wciąż ma sporą szansę Ci się nie spodobać!

Książki , , ,

Strona główna » Książki » Richard Lee Byers „Wewnętrzny wróg” – recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków