Anthony Reynolds „Błędny Rycerz” – recenzja

8 października 2012 dodał Karol

„Każdy z nas zna kogoś, komu się wydaje…” – tymi słowami przychodzi mi rozpocząć kolejną recenzję książki z Czarnej Biblioteki. O dziwo książki, która mi się podobała. Nie wiem czy to oznaka tego, że książka trzymała poziom, czy już tego, że energia Spaczenia zawarta w każdym tomie tej serii zaczęła wywierać na mnie swój bluźnierczy wpływ.
W strukturze książki nie zdążyło się nic zmienić. Na początku poznajemy głównych bohaterów, później toczą oni swoje pierwsze potyczki, jeszcze później rozwijają się by być gotowymi na najważniejsze starcie w swoim życiu (lub papierowym życiu książki), by na koniec po prostu wziąć w nim udział.
Tym razem fabuła przenosi się z Imperium do Bretonni, gdzie dwóch młodych synów pewnego szlachcica szykuje się do roli Błędnych Rycerzy. Gdy tylko pojawiają się informacje o wielkiej armii zielonoskórych plądrujący zachodnie ziemie królestwa, wyruszają oni na swoją pierwszą wyprawę, która skończyć się może jak zwykle: śmiercią lub chwałą.

Jak to w Czarnej Bibliotece bywa, postaci są rysowane dość charakterystycznie. Sposób ten porównuję zwykle do małego dziecka, które chwyta grubą, świecową kredkę w garść i maże nią tak długo jak się da, zupełnie nie zwracając uwagi na linie. To samo dzieje się z fabułą, która jest szablonowa i mało zaskakująca. Co zatem sprawiło, że książka mi się spodobała?

Zmiana realiów. Tak jak w książkach związanych z Kislevem, samo wyrwanie się z Imperium dodało treści kolorytu. Wprawdzie w fabule przewija się Imperialny wysłannik, który ma się przyglądać życiu w Bretonni, nie jest on jednak jakoś szczególnie narzucającym się bufonem jak to do tej pory bywało.
Za to samo królestwo z zachodu okazuje się czymś z zupełnie innej bajki. To, że jeszcze stoi, bez żadnych skrupułów nazwać można cudem. Ja wiem, że uciskane chłopstwo żyjąc w takich warunkach boi się zbuntować, ale mówiąc kolokwialnie: autor zwyczajnie przegiął pałę. Wieśniacy bijący się o spleśniały, robaczywy chleb, przy okazji wieszani za pierdnięcie przy szlacheckim koniu, już dawno puściliby z dymem zamki swoich oprawców (bo ciężko ich nazwać protektorami) i to oni, a nie inne rasy, powinni stanowić największe zagrożenie w Bretonni.

Nic wyjątkowego również w tym, że fabuła wydaje się dość znana i pozornie wtórna. Mimo iż pisana w konkretnych realiach Starego Świata, autor postanowił czerpać z klasyków. Historia nie dość że przypomina trochę zmutowaną wersję przygód Makbeta czy Grendela, to jeszcze jedyny Rycerz Graala w książce perfidnie wzorowany był na Rolandzie ze sławnej pieśni naszego świata. Z jednej strony odbiera to książce odrobinę oryginalności, z drugiej sięganie do znanych schematów doskonale przybliża ją czytelnikowi, rozpoczynając z nim całkiem ciekawą grę w skojarzenia.

Sami rycerze jako bohaterowie uderzają po oczach swoją przyszywaną świętością. Z jednej strony są tak przekonani o swej misji, doskonałości i szlachetności, że za podważenie tego obrazu gotowi są zabijać, z drugiej ich traktowanie wieśniaków podchodzi pod zbrodnie przeciwko ludzkości. W naszym kraju też mamy naleciałości traktujące posiadanie chłopów czy pańszczyznę jako normę budującą swego czasu siłę państwa, nie zapominajmy jednak, że w cywilizowanym świecie nazywa się to po imieniu: niewolnictwem. W momencie w którym „święci” rycerze opływają w luksusy, chędożą co popadnie i żyją pełnią życia, pod ich nosami króluje głód, ubóstwo, brud i śmiertelność tak wysoka, że aż ciężko uwierzyć by populacja chłopów potrafiła utrzymać się w stałej liczbie. O dziwo cały ten stan wcale nie wynika z ciężkich warunków Bretonni, a zwyczajnego ucisku i postępowania szlachty. Nawet imperialny wysłannik w bretońskiej armii zauważa w końcu, że honor i świętość bretońskich rycerzy to tylko maska, mająca ukryć ich zgniliznę, nieczułość i ignorancję. Słowo „autoprezentacja” w odniesieniu do całej bretońskiej szlachty było tym, które z całej książki zapadło mi najgłębiej w pamięć.

Zostawmy jednak otoczkę ideologiczną i przejdźmy do kwestii kluczowej, czyli mordobicia. Opisy bitew panu Reynoldsowi wychodzą tym razem znakomicie – heroiczne akcje poszczególnych bohaterów nie tylko opisuje ze wspaniałą szczegółowością, ale i jakoś nieszczególnie skomplikował robotę Andrzejowi Jakubcowi, który zajął się tłumaczeniem. Pojedynkowe rzezie naprawdę trzymają poziom, a skupienie się na Bretonni pozwoliło na zupełne zignorowanie kwestii taktycznych innych niż opisy szarż. Efekt tych zabiegów jest taki, że o wszelkich potyczkach czyta się faktycznie przyjemnie i szybko, bez wnikania w zbędne niuanse i z całkowitym poświęceniem mięsistym kawałeczkom.

Ostatnią kwestią, która w związku z książką przychodzi mi jeszcze do głowy jest myśl o tym, że ludzie w Starym Świecie to naprawdę mają przekichane. Tak naprawdę poza tym, że mnożą się na potęgę (choć i tak wolniej niż gobliny), sami z siebie niewiele są w stanie światu zaoferować. Z jednej strony mamy Imperium, które swoją siłę zbudowało na sojuszu z krasnoludami, przy okazji kradnąc od nich całą myśl techniczną i taktykę militarną, z drugiej Bretonnię, która nie posypała się jeszcze tylko dlatego, że przygarnęły ją jakieś leśne duchy i moce będące pozostałościami po bytności elfów. Jak ktoś ma pecha, to wpadnie pod kontrolę szalonych nekromantów i innych ożywieńców (całe Khemrii, Strzyganie, wieśniacy w Sylvanii czy uwiedzieni fałszywym Graalem rycerze z Mousillon), a jak przyszło mu żyć na północy, to nie ma bata, ale albo zginie, albo podporządkuje się wpływowi mrocznych bóstw (i najpewniej również zginie). Nawet ludność Kislevu w swej dramatycznej walce ulega mocom ziemi, która próbuje się bronić przed spaczoną siłą Chaosu. Tylko Tilea z Estalią wydają się funkcjonować jakoś po ludzku, ale to może dlatego, że jeszcze nikt nie podjął się im niczego wymyślić, i tak naprawdę robią jedynie za ozdobnik…
Smutne to trochę, gdy czyta się książkę, w której większość ludzi ma mniejsze prawa niż szukająca trufli świnia, bo przecież o „dobro kraju” dba jakaś świetlista kobiecinka opiekująca się duszkami lasu i nie potrafiąca nawet mówić…

Zakończenie książki jest jakie jest: ani chybi los Calarda będzie nam przedstawiony w kolejnej części. Stawiam czteropak, że nie tylko zacznie szukać Graala, ale i pewnie go odnajdzie. Pytanie tylko: w którym tomie?

Książki , , ,

Strona główna » Książki » Anthony Reynolds „Błędny Rycerz” – recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków