„Żołnierze Kosmosu: Inwazja” – recenzja

5 października 2012 dodał Karol

Rok 1997 to był dobry rok dla ludzkości i nędzny rok dla robali. Niezliczone zastępy piechoty ścierały się z całymi rojami kosmicznych paskudztw, czy to na ekranie komputera w „Starcraft”, czy to na ekranach kin. Wtedy właśnie pojawiła się na nich pierwsza część „Żołnierzy Kosmosu”, która przebojem wdarła się do ludzkiej świadomości. A czym? Jednymi z pierwszych kosmitów, nie wyglądających jak ludzie! Wiem, że wcześniej był przecież Alien, a sam pomysł robali w kosmosie eksplorował literacko kilka chwil wcześniej O.S. Card w „Grze Endera”, ale dla dzieciaka zza ściany wschodniej obraz kosmity do tej pory nie różnił się zwykle wiele od człowieka. Ot humanoid z innym ryjkiem i odmiennym kolorem skóry, albo puszkowaty robocik rodzaju Daleków.

I wtedy nagle w ludzkiej świadomości pojawiła się idea obcości o wiele inna niż dotychczas. Okazało się, że człowiek stał się gotów na to, by postrzegać inność to nie tylko przez pryzmat podobieństwa i różnic technologicznych, a zupełnej „inności” w pełnym znaczeniu tego słowa. Nagle ktoś skupił się na owadzich społecznościach i zaczął zastanawiać się „a co jeśli starlibyśmy się z czymś aż tak odmiennym i niepojętym?”. I lawina ruszyła. Gdy banda dorosłych ludzi opychała się popcornem oglądając piechociarzy broniących kosmicznych fortów, a ich młodsi znajomi zajeżdżali Zergów przy pomocy myszki, ludzkość podziwiała ideę roju i osobników sterowanych przez jedną świadomość niezliczonej ilości stworzeń. Oczywiście starając się zetrzeć ją w proch i jakoś przeżyć.

O dziwo w trakcie tych starć (zarówno we wspomnianej już książce, filmie jak i grze) ludzkość zawsze odwraca się ze swoim ustrojem nie tylko w kierunku względnej unifikacji narodów (wreszcie), ale i ideologii totalitarnej (jak zwykle), sławiącej kult siły i totalnego podporządkowania sytuacji wojny. Wiele dziwić się nie trzeba, w końcu demokracja czy pacyfizm na wojnie się nie sprawdzają. Obserwacja o tyle ciekawa, że dla walki o przetrwanie gatunku tak mocno skupiającego się na indywidualizmie i wolności jednostki jest on gotów z niego zrezygnować, by jak najbardziej upodobnić się do roju z którym chce się walczyć. Za wszelką cenę pragnie on wtedy stać się jedną, sprawnie działającą machiną wojenną, która wciąż wierzy w to, że jej siła polega na niezależności myślenia pojedynczych żołnierzy. Piękny paradoks!

Pomińmy już jednak te dziwne wywody i przejdźmy do sedna: „Żołnierze Kosmosu” stali się filmem znaczącym dla każdego fana gatunku. Na tyle znaczącym, że ktoś wpadł na „genialny” pomysł zrobienia drugiej części, która zupełnie pozbawiona rozmachu i skupiająca się na jednej, malutkiej placówce w ogniu wojny po prostu okazała się wielkim zawodem. „Hero of the Federation” pochwalić się mogło w sumie tylko ciekawymi cyckami, a fabuła dobrze nadawała się na scenariusz do jakiegoś RPGa albo opowiadania, a nie do kultowego filmu. Mimo to producenci filmowi nadal pragnęli iść za ciosem i kontynuowali serię, tym razem rozwijając fabułę o pomysł „Grabieżcy” – machiny bojowej, mającej zmienić losy pól bitew. Przy okazji zapoznajemy się dokładniej z psychiką roju, a i dowiadujemy się że pokój między oboma gatunkami to jedynie mrzonka idealistów. Choć i ta część nie powalała na kolana, to jednak jakoś uzupełniała serię i przynajmniej zapełniała niedosyt powstający po części trzeciej. Tematyka serii wydawała się już zamknięta, nadzieja mimo że już umierała okazała się dość wytrwałym zawodnikiem, ale poziom nadal nie dorównywał pierwszej części bezsensownych rzezi międzyplanetarnych.

I wtedy wydarzyło się coś, czego ja sam osobiście się nie spodziewałem. Nie wiem czy te fakty łączę tylko ja, czy faktycznie miały ze sobą coś wspólnego, ale znów zbiegły się w czasie: światło dzienne ujrzał „Starcraft 2”. W Azji nagle stał się hitem, a w Korei sportem narodowym. Jakoś nie czułem się strasznie zaskoczony, gdy usłyszałem, że Azjaci biorą się za kolejną część „Żołnierzy”. O dziwo wykorzystanie grafiki komputerowej odebrało wszystkie problemy z efektami specjalnymi, a i już gry aktorskiej nie miał się kto przyczepić. Twórcy chwycili pełną garścią wszystko to co było dobre we wcześniejszych częściach (łącznie z bohaterami, którym udało się przeżyć) i wrzucili do wielkiego kotła. W garnuszku tym ugotowali najfajniejszą, najbardziej relaksującą i wyrywającą robacze jaja kosmiczną „chińską zupkę” z jaką przyszło mi obcować. Fakt, że żaden z komputerowych modeli nie przypominał swoich aktorskich pierwowzorów (przed filmem polecam zapoznać się z bohaterami wcześniejszych części, bo jeśli nie pamiętacie ich z imienia, to nie poznacie ich w ogóle) z początku traktowałem jako wadę, ale szybko mi przeszło. Dodatkowe skojarzenia z grą komputerową pojawiają się już w przypadku porównania trailerów, ale w trakcie oglądania fanom obu serii na pewno się przykleją. Czy to jednak jest jakiś problem?

Film w moim postrzeganiu jest świetny, mimo że niekoniecznie ambitny. Po prostu jest ładny (broń, nagie piersi, efektowne eksplozje: wszystko jak za starych dobrych lat!), dynamiczny i świetnie łączy motywy wcześniejszych części, wreszcie uzupełniając serię tak jak należy. Jeśli byłeś fanem „Żołnierzy Kosmosu” albo „Starcrafta”, to po prostu musisz obejrzeć „Inwazję”. Fakt, że w Polsce zauważyli ją głównie piraci, bo portale o filmach nie dostrzegły nawet jeszcze jej premiery, wydaje się tu sprawą drugorzędną. Robale nie będą czekać.
Zwyczajnie polecam! Dla dobra Federacji!

Filmy ,

Strona główna » Filmy » „Żołnierze Kosmosu: Inwazja” – recenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków