Anthony Reynolds „Chaos w Imperium” – minirecenzja

17 września 2012 dodał Karol

Uniwersum Warhammer’a coraz bardziej się starzeje, rozwija i ewoluuje, choć nie zawsze w kierunkach które ogarniam. Od drugiej edycji WFRP ciężko już mówić o realiach świata RPG i tych bitewniakowych, ale fani Blood Bowl’a nadal żyją w innym świecie, a od jakiegoś czasu Warhammer Online tworzy własną rzeczywistość. O ile większość czytanych przeze mnie do tej pory książek z Czarnej Biblioteki w jakiś sposób trzymało „mainstreamowe” realia, o tyle tutaj podkreślenie faktu umieszczenia w świecie gry komputerowej było niemal niezbędne.

Ze względu na to właśnie umiejscowienie, po książce spodziewać można się niemal czystego Heroic Fantasy. Wprawdzie nasi bohaterowie nie mordują gołymi rękoma całych regimentów piechoty, ale drobne bandy bez problemu wciągają nosem, nawet jeśli nie mają bojowego doświadczenia. Dla mnie najlepszym przykładem oderwania od wcześniejszej konwencji jest to, że za mięso armatnie wokół nich robią imperialni rycerze (bo i po co im jakaś nędzna piechota?). Pełne płyty zupełnie nie przeszkadzają statystom padać jak muchom, dzięki czemu nasi bohaterowie unikają nawet odcisków na stopach. Ale dość wnikania w szczególiki i moje wredne komentarze.

W książce poznajemy losy kilkorga osób, które wojenny los stawia na swej drodze. Zaliczamy do nich:
- Grunwalda, niefanatycznego łowcę czarownic (choć do tego nie-fanatyzmu on sam nie zawsze jest chyba przekonany). Ot taki mały, bufoniasty policmajster, który myśli że jak ma odznakę, to nie tyle pilnuje, co sam ustanawia prawo.
- Thorrika, krasnoluda który jako „Iron Breaker” woli się spełniać w roli taniego kuriera niż wojownika (w końcu mamy przecież wojnę). Gdyby nie to, że jest prawie niezniszczalny i co chwila zbiera po berecie, reszta bohaterów już dawno musiałaby się respawn’ować w prologu.
- Eldanaira, elfiego Wojownika Cienia, który poza swoją uberelfiością wyróżnia się brakiem wygadywanych głupot (bo nie mówi prawie wcale, ale chętnie widzi się w roli strażniczego pieska). Kiedyś specjalnie przeczytam tę książkę jeszcze raz, tylko po to by policzyć ile wypuścił w niej swoich cudownych, elfich strzał, bo kołczana nie uzupełniał ani razu…
- Annaliese, która oprócz głupiego imienia ma jeszcze głupsze pomysły, a postanawia oddać swe życie Sigmarowi i do jego końca być zwykłym młotkowym (w sumie czego się nie robi dla ludzi, którzy najchętniej spaliliby Cię na stosie).
- Karla, którego głównym zadaniem jest rzucanie durnymi tekstami i dostarczanie mięsa armatniego pod postacią podległych mu rycerzy…
…oraz paru innych, na których nie warto nawet zwracać uwagi, bo robią za postacie tła.

Ogólna budowa fabuły jest skomplikowana jak gwóźdź wiszący na sznurku, a wydarzenia zwykle da się przewidzieć z wyprzedzeniem przynajmniej kilkunastu stron. Przyznam jednak szczerze, że całość naprawdę sympatycznie przybliża realia wojny z Chaosem przeciętnemu zjadaczowi chleba. A to z jednej strony można nakopać przesądnym wieśniakom, a to złoić skórę dezerterom, a to dekapitować zombiaka, a jak komuś strasznie zależy, to nawet na mutantach trochę poekspić. Jak już się skończy questy dla początkujących, to błyskawicznie można przenieść się z Imperium na front krasnoludzki, przejechać lokomotywą, z bezpiecznej odległości obejrzeć wielką bitwę krasnoludzkich Zabójców, by po kolejnych kilku potyczkach wylądować w sercu prawdziwej bitwy, w której nie ma szans przeżycia. W niej właśnie kilka razy staje się ze śmiercią twarzą w twarz, by koniec końców umożliwić wielki tryumf sprawiedliwości (z małą nutką chaotyckiej goryczy, na szczęście długości krótkiego akapitu). Nawet nie nazwę tego spoilerem, bo jeśli ktoś spodziewał się czegoś innego, to chyba pomylił serię wydawniczą.

Całokształt nawet sympatyczny, zwłaszcza jeśli nie wymagasz wiele od książki, a ma Ci umilić np. podróżowanie pociągiem czy tramwajem. Jeśli skończyła Ci się subskrypcja do WAR’a, albo znów urwało Ci połączenie z Internetem, to też możesz sięgnąć po książkę i w wyobraźni dokończyć parę misji z Ostlandu (pod warunkiem, że nie grasz po stronie Destrukcji). W innych przypadkach… zacznij od dobrej kawy i spróbuj czytać jak najszybciej.

Aha! Żeby nie było: okładka jest całkiem niezła! Chociaż też sklejona z obrazków do WAR’a.

Książki , , ,

Strona główna » Książki » Anthony Reynolds „Chaos w Imperium” – minirecenzja

Komentowanie wpisów zostało wyłączone z powodów praktycznych.
Jeśli chcesz pogadać na temat tego lub innych wpisów, albo zwyczajnie nawiązać z nami kontakt,
odwiedź naszą stronę na Facebooku.

Makiety do bitewniaków